historia leżajska

Niezależne forum dla fascynatów dziejami Lezajska

  • Index
  •  » Historia
  •  » M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

#1 2011-02-06 17:59:18

 Ursi

Użytkownik

Skąd: Pomorze
Zarejestrowany: 2009-04-29
Posty: 249
Punktów :   
WWW

M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Wyszedł artykuł Mieczyslawa Samborskiego pt. "Działalność Narodowej Organizacji Wojskowej oraz Oddziału >Ojca Jana< w strukturach Narodowych Sił Zbrojnych na terenie Ziemi Leżajskiej".

Temat nośny, więc i na odzew w Internecie czekać nie trzeba było:

http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=9 … 6#p1499486


Bellum omnium contra omnes (de Poloniae)

Offline

 

#2 2011-02-07 10:30:59

genek72

Administrator

7248598
Zarejestrowany: 2009-04-18
Posty: 1078
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Czytałem ten materiał, ale tak samo jak Janowiak nie w Roczniku Przemyskim ale jeszcze nie wydrukowany jakiś rok temu (ma datę 5 maja 2009). Podobno chciał to wydrukowac w Almanachu ale całe szczęście mu nie pozwolili. A co do treści to szkoda słów.

Online

 

#3 2011-02-08 20:30:38

 Ursi

Użytkownik

Skąd: Pomorze
Zarejestrowany: 2009-04-29
Posty: 249
Punktów :   
WWW

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Ja załapałem się na coś w rodzaju dodruku, sygnowane przez autora, z datą 2011.


Bellum omnium contra omnes (de Poloniae)

Offline

 

#4 2011-05-22 19:47:42

 Ursi

Użytkownik

Skąd: Pomorze
Zarejestrowany: 2009-04-29
Posty: 249
Punktów :   
WWW

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=9 … a&start=25

Dziś na Forum DWŚ pojawił się M. Samborski i daje odpór zarzutom. Niestety póki co dużo emocjonalnych i osobistych zarzutów...


Bellum omnium contra omnes (de Poloniae)

Offline

 

#5 2012-03-04 18:01:56

Plumer

Użytkownik

Zarejestrowany: 2011-07-07
Posty: 98
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Na forum www.dws.org.pl toczyła się jakiś czas temu dyskusja na temat publikacji Mieczysława Samborskiego zatytułowanego DZIAŁALNOŚĆ NARODOWEJ ORGANIZACJI WOJSKOWEJ ORAZ ODDZIAŁU „OJCA JANA" W STRUKTURACH NARODOWYCH SIŁ ZBROJNYCH NA TERENIE ZIEMI LEŻAJSKIEJ. Dyskusja wzbudzała wiele emocji zwłaszcza ze strony Autora, jednak ostatecznie nie doczekała się polemiki ze strony Janowiaka na łamach Biuletynu DWS.org.pl. Niedawno zapoznałem się z tekstem artykułu M. Samborskiego opublikowanym w ROCZNIKU PRZEMYSKIM, t. XLVI: 2010 z. 4 i chciałbym podzielić się w tym miejscu swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami na jego temat. Na wstępie chciałbym jedynie zaznaczyć, ze nie jestem ani historykiem, ani nawet humanistą z wykształcenie a jedynie interesuję się podziemiem niepodległościowym hobbystycznie. Nie należę też do entuzjastów idei głoszonych przez Endecję zarówno tę przedwojenną jak i współczesną. Uważam też, że Autor nie powinien obrażać się na polemikę z głoszonymi przez niego tezami. W końcu publikując swoje opracowanie w Roczniku Przemyskim liczył zapewne na szeroki oddźwięk, co wcale nie znaczy, że wszyscy muszą reagować z zachwytem.

Autor w tekście swojej pracy za wszelką cenę stara się udowodnić, że nie tylko oddział „Ojca Jana” ale całe podziemie narodowe działające na Ziemi Leżajskiej było bliższe NSZ niż NOW. Niewątpliwą zaletą publikacji jest przywołanie mnóstwa materiałów źródłowych co świadczy, że Autor zadał sobie trud dotarcia do wielu, czasem trudno dostępnych dokumentów i publikacji. I tu w mojej opinii kończą się pozytywy, gdyż wnioski jakie Autor z nich wyciągnął oraz tezy stawiane przez niego zarówno w tytule jak i w treści pracy są delikatnie mówiąc mocno dyskusyjne. M. Samborski tkwi w niezachwianym przekonaniu, iż swoją publikacją niezbicie udowodnił przynależność oddziału „Ojca Jana” do NSZ a nie NOW czy tym bardziej do AK („Nie ulega wątpliwości, że oddział „Ojca Jana" od czerwca 1943 r. do końca swego istnienia działał w ramach Akcji Specjalnej NSZ a dodatkowo od listopada tego roku formalnie wchodził w skład struktur NSZ.”, str. 161). Na poparcie swojej tezy postawionej w tytule przytacza argumenty, które można by pogrupować w cztery kategorie:
1.    przywołuje różne teksty źródłowe, i na ich podstawie wyciąga wnioski, (przy czym warto się przyjrzeć co rzeczywiście napisano w cytowanych publikacjach, gdyż czasami są to po prostu spekulacje Autora; do niektórych tekstów źródłowych cytowanych w publikacji z oczywistych powodów nie miałem dostępu, jednak posiadam również materiały, na które nie powoływał się M. Samborski),
2.    eksponuje zdarzenia z udziałem kilku kluczowych postaci, związanych z konspiracją narodową, których obecność w różnych ważnych dla historii oddziału „Ojca Jana” wydarzeniach, ma niezbicie wskazywać na jego faktyczną przynależność do struktur NSZ (w mojej opinii Autor wybiórczo potraktował życiorysy bohaterów, nie wspominając o faktach, które mogłyby zachwiać w czytelniku wiarę w racje Autora),
3.    podkreśla sprawę scalenia z AK (lub jego brak) oraz rzekomy stosunek Przysiężniaka do tej organizacji jak i innych (w tym BCh, AL i partyzantki sowieckiej), (w mojej opinii zagadnienie mocno spłycone i potraktowane tendencyjnie),
4.    własne przemyślenia i tezy Autora (wymagające przynajmniej krytycznego komentarza, gdyż wg mnie są najsłabszym elementem publikacji).
Postaram się ustosunkować polemicznie do wszystkich czterech kategorii.

Więc do dzieła!

Zacznijmy od tytułu, o ile można próbować dowieść, że oddział „Ojca Jana” działał w strukturach NSZ, o tyle Narodowa Organizacja Wojskowa (NOW) nigdzie w Polsce (także na terenie ziemi Leżajskiej) z pewnością nie działała w strukturach NSZ. Wynika to z prostego faktu, że NSZ powstało na jesieni 1942 r., w wyniku rozłamu, jaki powstał w NOW, spowodowanego scaleniem z AK. I to właśnie przeciwnicy tego scalenia utworzyli NSZ i nie ma sensu przytaczać tu jakiejś konkretnej literatury źródłowej, gdyż jest to opisane w wielu dostępnych publikacjach historycznych.

Jednak to „Szaniec" miał decydujący wpływ na postawy narodowców leżajskich. Ze względów organizacyjnych funkcjonowali oni w ramach NOW, wydaje się jednak, że ideowo byli związani ZJ/NSZ. Być może nie bardzo orientowali się w tych skomplikowanych podziałach.(str. 131-132)

Autor pisząc powyższe słowa zapomniał chyba, że do września 1942 r. Narodowe Siły Zbrojne jeszcze nie istniały a Związek Jaszczurczy na terenie Leżajszczyzny istniał chyba tylko w sferze mentalnej, choć i na to nie ma żadnych dowodów. Co prawda Kaczmarski w rozdziale dotyczącym NSZ na Rzeszowszczyźnie napisał: Nie jest wykluczone [podkreślenie – Plumer], że początkowo w skład ZJ wchodziła placówka w Sarzynie, kierowana przez oficera rezerwy Ludwika Miazgę, ps. „Wiśniewski", która w 1941 r. podporządkowała się NOW.” (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie str. 162). Jednak w przypisie na tej samej stronie zaznaczył: „Ludwik Miazga, w zeznaniach złożonych w PUBP w Rzeszowie w styczniu 1946 r., podaje, że od października 1940 r. należał do NOW, nic nic wspominając o jakichkolwiek związkach z ZJ. ADUOPR, sygn. 109/111, Akta śledcze przeciwko Ludwikowi Miazdze, Protokoły przesłuchań Ludwika Miazgi. Również w relacji przekazanej Dionizemu Garbaczowi pomija on swoją ewentualną przynależność do ZJ - relacja Ludwika Miazgi z 14 lipca 1987 r. (udostępniona autorowi przez D. Garbacza)”. (Generalnie u Kaczmarskiego w rozdziale dotyczącym ZJ i NSZ jest mnóstwo przypuszczeń, a w wielu zdaniach pojawia się zwrot „nie wykluczone”). Ostatnie zdanie natomiast to grube nadużycie. Bez względu na sympatie polityczne trzeba uznać, że twórcami NOW w Leżajsku byli ludzie inteligentni i wykształceni (Józef Baran vel. Chrząszczyński, Kazimierz Mirecki, Leon Janio), więc twierdzenie, iż nie orientowali się skomplikowanych podziałach politycznych jest po prostu nieuprawnione. Należy mieć też świadomość, że o przynależności „szeregowych” (i nie tylko) członków podziemia niepodległościowego do konkretnej organizacji decydował często przypadek, potwierdzeniem czego są losy wspomnianego już tutaj J. Barana.

Jak wspomniano na wstępie, w publikacji wyeksponowano zdarzenia z udziałem kilku kluczowych postaci, związanych z konspiracją narodową, których obecność ma, wg Autora, niezbicie wskazywać na jego faktyczną przynależność oddziału Przysiężniaka (i nie tylko) do struktur NSZ.

Pierwszą z nich jest Ludwik Miazga ps. Wiśniewski, organizator i dowódca placówki NOW w Sarzynie.

W podległych placówkach terenowych dowódcami zostali: w Leżajsku - W. Gancarz, ps. Góra, a w Kuryłówce - Emil Kostek, ps. Maciek14. W Sarzynie - plut. pchor. Ludwik Miazga, ps. Wiśniewski, bardziej zbliżony do orientacji „Szańca", budował prawdopodobnie [podkreśl. Plumer] placówkę Związku Jaszczurczego.(str. 132-133)

Autor pisze „prawdopodobnie” tyko nie ma na to żadnego dowodu. Przy czym wymowa tego co napisał Samborski jest zupełnie inna od informacji zawartej u Kaczmarskiego (patrz wyżej). W oświadczeniu z 25.03.1976 r., którego kopię posiadam, Ludwik Miazga napisał, że był organizatorem placówki NOW, która (i tu ciekawostka) w czerwcu 1942 (!?) została włączona do AK na terenie Sarzyny. W własnoręcznie napisanym życiorysie (kopię tego dokumentu również posiadam) brat Miazgi napisał w 1990 r., że w czerwcu 1942 r. wstąpił do AK, w której został zaprzysiężony przez swojego brata Ludwika. Pomimo, że za datę rozpoczęcia formalnego scalenia NOW z AK przyjmuje się luty 1943 r., nie jest to wykluczone (sam chętnie  użyję tu trybu przypuszczającego), gdyż w świetle fragmentu Meldunku Organizacyjnego Nr 118 Komendanta Gł. AK, za czas od dnia 1. IX. 41 do 1. III. 42, wynika, że  „W terenie daje się natomiast zauważyć ferment dołów, a szczególnie wśród oficerów i podoficerów zawodowych, którzy żądają od kierownictwa „Kwadratu” [kryptonim Stronnictwa Narodowego – Plumer] podporządkowania się oddziałów wojskowych [NOW – Plumer]  właściwej komendzie Sił Zbrojnych w Kraju.” (Armia Krajowa w dokumentach 1939 – 1945 Tom II str. 254). Wiadomo, że przejścia z jednej organizacji do drugiej (i to w różnym „kierunku”), zarówno pojedynczych osób jak i całych oddziałów, zdarzały się także bez oficjalnego błogosławieństwa zwierzchników.

W placówce w Sarzynie dowódcą do maja 1943 r., tj. do utworzenia swojego oddziału partyzanckiego [pokr. – Plumer] był pchor./ppor. Ludwik Miazga, ps. Wiśniewski (też Kurczapała). Po jego odejściu dowódcą został dotychczasowy zastępca - Jakub Paszek, ps. Oracz.(str. 136)

Skąd jest ta informacja Autor nie podaje. Natomiast Kaczmarski napisał w swojej książce tak: „Liczącą około 35-40 ludzi placówką [NOW – Plumer] w Sarzynie dowodził pchor./ppor. Ludwik Miazga ps. „Wiśniewski”, „Kurczapała”, a po jego odejściu – w maju 1943 r. – do oddziału „Ojca Jana [pokr. – Plumer], Jakub Paszek, ps. „Oracz”, dotychczasowy zastępca Miazgi.” (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie str. 103-104). Prawie to samo a jednak jak głosi reklama "prawie" robi różnicę.

Na początku maja 1943 r. do oddziału partyzanckiego NOW Ludwika Miazgi została przyłączona kilkuosobowa „Egzekutywa powiatu" NSZ Franciszka Przysiężnaka, ps. Jan i w ten sposób powstał zastęp, później nazywany od pseudonimu dowódcy - oddziałem „Ojca Jana". Nie ma jednoznacznych informacji o tworzeniu grupy zbrojnej Przysiężniaka w 1942 r.(…) (str. 138 – 139). Jak wcześniej wykazano, rodowód oddziału Przysiężniaka należy wywodzić od oddziału Miazgi i uznać za początek jego istnienia datę 3 maja 1943 r.163, tj. spotkania ich obu (ze swoimi ludźmi) w Golcach, w stodole Siembidy. Przy czym, do tego czasu Przysiężniak dowodził kilkuosobową „Egzekutywą powiatu" NSZ, zaś Miazga nowostworzonym oddziałem zbrojnym NOW.(str. 162).

U Kaczmarskiego jest trochę inna wersja: „W tym samym mniej więcej czasie, z rozkazu Kazimierza Mireckiego, ps. „Żmuda", tworzenie oddziału partyzanckiego w Okręgu Rzeszowskim rozpoczął pchor./ppor. Ludwik Miazga, ps. „Wiśniewski", „Kurczapała", który bez wiedzy komendanta Okręgu nawiązał kontakt z Przysiężniakiem, przyprowadzając na początku maja 1943 r. siedemnastu swoich ludzi do obozu „Ojca Jana". (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie, str. 216). Na jakiej podstawie Samborski twierdzi, że właśnie tak powstał oddział „Ojca Jana” nie wiadomo. Jednak na poparcie tezy o przynależności tego oddziału do NSZ używa (nadużywa!) wielokrotnie, w wielu miejscach swojego tekstu nazwy „Egzekutywa powiatowa” (i to nie tylko w stosunku do oddziału „Jana”). Do tego określenia powrócimy w dalszej części niniejszych rozważań. Natomiast sądzę, że trochę konkretnych informacji dotyczących początków powstania oddziału w 1942 r. istnieje bo przecież choćby Kaczmarski opracował biogram Przysiężniaka na podstawie konkretnych przywołanych w swojej książce dokumentów.

Jak wcześniej wspomniano, L. Miazga już na początku wojny prowadził działalność konspiracyjną. W swoich relacjach powojennych utrzymywał, że była to aktywność na rzecz NOW. Natomiast ks. Bartnik podał, że niewykluczona jest jego przynależność do Związku Jaszczurczego.(str. 140)

Miazga twierdził, że był w NOW, ale Bartnik nie wyklucza, że należał do ZJ. Tylko nie wiadomo jakie są podstawy tych przypuszczeń i gdzie ten Związek istniał? W Sarzynie? Przecież Związek Jaszczurczy był organizacją związaną z ONR-ABC. K. Mirecki w swoich wspomnieniach napisał „Jakoś od początku nie paliłem się do tego [połączenia z ONR – Plumer], a nawet w pewnym sensie byłem przeciwny połączeniu, zwłaszcza, gdy chodziło o teren COPu albowiem na terenie naszego okręgu ani przed wojną ani w okresie okupacji organizacji ONR jako takiej nie było. Mógł się jedynie znaleźć tu i ówdzie jakiś pojedynczy sympatyk ONR.” (K. Mirecki Narodowa Organizacja Wojskowa w Centralnym Okręgu Przemysłowym, str. 28 – 29). Nie mam dostępu do publikacji Bartnika jednak w mojej opinii są to tylko dywagacje (podobnie jak w książce Kaczmarskiego) i próby sugerowania (przez M. Samborskiego), że Miazga był człowiekiem nieświadomym i nie wiedział w jakiej organizacji służył. A żeby było śmieszniej na następnej stronie Autor napisał:

Natomiast przybyłemu do Kuryłówki Miazdze dowódca okręgu NOW Mirecki wydał rozkaz [podkreślenie – Plumer] utworzenia oddziału partyzanckiego.(str. 141)

Nie ma przypisu więc nie wiadomo skąd ta informacja pochodzi, jednak widać pewną niekonsekwencję Autora. Najpierw powątpiewa w przynależność Miazgi do NOW a sugeruje członkowstwo w ZJ, by za chwile podać informację, że jednak przyjmował rozkazy od dowódcy okręgu NOW.

Zarówno pierwsza grupa konspiracyjna (1942) Przysiężniaka, jak i oddział Miazgi miały rodowód NOW. Jednak już na początku 1943 r. pierwszy z wymienionych kierował „Egzekutywą powiatu" NSZ, natomiast drugiemu przypisuje [podkr. – Plumer] się pierwotną przynależność do Związku Jaszczurczego i ścisłą współpracę ze Szklarkiem, który konspirował w Komendzie Obrońców Polskich. W świetle przytoczonych wcześniej faktów bezpośrednich i zdarzeń pośrednich należy stwierdzić, że Przysiężniak związał się z NSZ w marcu-kwietniu 1943 r., natomiast Miazga od czerwca tego roku.

Znów M. Samborski na poparcie swojej tezy używa nazwy „Egzekutywa powiatu” NSZ (szkoda, ze nie napisał, którego powiatu?), a Miazdze po raz kolejny przypisuje przynależność do ZJ (to nic, że nie ma na to dowodów oraz sam zainteresowany tego nie potwierdza). Co do Szklarka i jego rzekomej przynależności do KOP, nie rozumiem intencji Autora. Nawet jeżeli tak było to KOP w naszym rejonie został scalony z AK (Armia Krajowa w dokumentach 1939 – 1945 Tom II str. 252). Ostatnie zdanie, niestety tylko w mniemaniu Autora, zostało potwierdzone przytoczonymi przez niego „faktami bezpośrednimi i zdarzeniami pośrednimi” (!?).

Drugą postacią jest Józef Baran vel Chrząszczyński, który przez krótki okres czasu był komendantem rzeszowskiego Okręgu IV C NSZ.

J. Baran wrócił do Malenisk, gdzie ukrywał się w gospodarstwach: Andrzeja Marciniaka (w 1945 r. mieścił się w nim sztab Komendy Okręgu Oddziałów Leśnych NZW) i Wincentego Mokrzyckiego, następnie wyjechał do siostry w Łosicach (pow. siedlecki). Tam pracował w spółdzielni rolniczej i przez komendanta placówki pchor. Jarosza został wprowadzony do NSZ. W połowie lutego 1943 r. w lokalu konspiracyjnym NSZ w Warszawie przy ul. Marszałkowskiej 157 w obecności oficerów NSZ (m.in. kier. wydz. ogólno -organizacyjnego Dowództwa NSZ - mjr/ppłk NSZ T. Danilewicz), kpt/mjr NSZ J. Baran, ps. Modliński został zaprzysiężony i mianowany komendantem rzeszowskiego Okręgu IV C NSZ. (str. 133)

Informacje jak najbardziej prawdziwa jednak powinna być poszerzona o pewne fakty dotyczące okoliczności w jakich to nastąpiło. Ma to znaczenie gdyż Autor uważa za niemożliwe, jakoby to właśnie J. Baran mógł odebrał w Golcach przysięgę oddziału „Ojca Jana” wg roty AK. Wg relacji samego Barana: „Pracując tu poznałem współpracowników, między innymi ob. Jarosza - buchaltera, który jak się okazało jest podchorążym i prowadzi konspiracyjnie placówkę miejscową Narodowych Sił Zbrojnych. Tam zaproponowano mi wstąpienie do organizacji, na co bez wahania wyraziłem zgodę. Nie pytałem, jakie cele polityczne organizacja stawia sobie za zadanie, tylko po żołniersku zapytałem, czy uznają rząd londyński i czy jest organizacja uznana przez tenże rząd.[podkr – Plumer] Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi nie miałem żadnych wątpliwości co do podjętej decyzji. W jakiś czas potem zostałem zaproszony do pewnego wieśniaka w Łosicach (nazwiska nie pamiętam), gdzie zastałem dwóch oficerów NSZ (m.in. Artura). „Artur" barwnie opisał mi przyszłą Polskę i Jej wielkość a przemilczał najważniejsze, iż w Polsce jest jeszcze kilka „oficjalnych" organizacji. [podkr. – Plumer]. (…) W Nisku dowiedziałem się, że nie tylko NSZ są tu oficjalne, lecz i inne, także oficjalne organizacje jak: ZWZ, NOW, BCh. i co najważniejsze, że to NSZ nie są oficjalne, bo nie dążą do scalenia.(…) Widząc, że tu coś nie jest w porządku, zwłaszcza to, że NSZ nie dążą do scalenia, wsiedliśmy obaj do pociągu i pojechaliśmy do Warszawy, w celu wyjaśnienia tej sytuacji u samego Gł. Komendanta NSZ płk. „Czesława".”(S. Haszto – Wspomnienie o ppłk. Józefie Chrząszczyńskim vel. Baranie, Almanach Leżajski nr 5/2010, str. 93 – 95). Ten fragment wspomnień świadczy o tym, że J. Baran do NSZ trafił dość przypadkowo. Wiadomo też, że w połowie 1943 r. (Samborski twierdzi, że 10 lipca, ale nie ma pewności czy nie wcześniej) powrócił do NOW i był zwolennikiem scalenia z AK. Brak jednoznacznych dat nie pozwala określić czy rzeczywiście J. Baran mógł przyjmować przysięgę całego oddziału na rzecz AK a jeżeli tak to kiedy miało to miejsce. Jednak (i tu pozwolę sobie na własną dywagację) jego osoba wg mojej opinii nie stanowi mocnego argumentu na przynależność oddziału „Ojca Jana” do NSZ. Zresztą mam swój pogląd na temat ewentualnego scalenia oddziału Przysiężniaka z AK jak i jego zaprzysiężenia. Ale w końcu nie to jest najistotniejsze w tej analizie.

Trzecią postacią chyba najbardziej demonizowaną przez Autora (ale wcześniej przez dziesięciolecia także przez propagandę komunistyczną) jest Leonard Zub – Zdanowicz, ps. Ząb. Powojenna publicystyka "historyczna" PRL skutecznie zohydziła wizerunek NSZ w oczach społeczeństwa. Muszę przyznać, iż propaganda była na tyle skuteczna, że NSZ były postrzegane przez ogół (nie wyłączając piszącego te słowa) jako organizacja wręcz zbrodnicza, która w końcowej fazie wojny poszła na współpracę z Niemcami. W świetle ujawnionych w ostatnim czasie dokumentów oraz publikacji dotyczących NSZ, trzeba zweryfikować niesprawiedliwy obraz tej organizacji, bez względu na poglądy i sympatie ideowe.

Dla M. Samborskiego, fakt współdziałania oddziału „Ojca Jana” z kierownikiem Akcji Specjalnej NSZ i twórcy tzw. 1 Pułku Legii Nadwiślańskiej, jest jednym z kluczowych, jeżeli nie najistotniejszym argumentem dla tytułowej tezy publikacji. Wysokie stanowisko jakie zajmował Zub – Zdanowicz w strukturach NSZ zdaje się „bezsprzecznie” potwierdzać tezy Autora. Jednak M. Samborski zdaje się skutecznie stosować technikę przemilczania niewygodnych faktów, które (w nie do końca zorientowanym czytelniku) mogłyby zasiać ziarno wątpliwości. Zub – Zdanowicz to postać najbardziej „barwna” wśród bohaterów publikacji. To typowy człowiek czynu, cichociemny, do maja 1943 żołnierz AK! O tym jednak Samborski ani słowem nie wspomina, za to podkreśla jego udział w „zajściu pod Borowem” znanym także (głównie z historiografii komunistycznej) jako „mord pod Borowem”. Autor oczywiście przychyla się do tego drugiego określenia. Ale do rzeczy.

Już pod koniec czerwca 1943 r. oddział ten funkcjonował w ramach Akcji Specjalnej (AS) NSZ. W listopadzie 1943 r. wszedł on w skład pułku Legii Nadwiślańskiej NSZ;(…) (str. 130.) W listopadzie 1943 r., oddział „Ojca Jana" został włączony do nowopowołanej przez „Zęba" Legii Nadwiślańskiej NSZ (...)(str. 148.) Nie ulega wątpliwości, że oddział „Ojca Jana" od czerwca 1943 r. do końca swego istnienia działał w ramach Akcji Specjalnej NSZ a dodatkowo od listopada tego roku formalnie wchodził w skład struktur NSZ.(str. 161).

Inni autorzy też wspominają o tym wydarzeniu, jednak mają wątpliwości pomimo, że Samborski ich nie ma. Kaczmarski w przypisie nr 54 na str. 218 pisze tak: „Gdy jednak miesiąc później „Ząb" utworzył 1.Pułk Partyzancki Legii Nadwiślańskiej Ziemi Lubelskiej (uroczysta Msza Św., a następnie wręczenie poświęconego podczas niej sztandaru, wyhaftowanego przez panie Poray-Wybranowskie, oraz przegląd wojska odbyły się 14 XI 1943 r. na polanie leśnej pod Borowem), oddział „Ojca Jana" znalazł się w jego składzie jako jeden z trzech batalionów. Utworzenie pułku miało znaczenie symboliczne, a podporządkowanie się „Ojca Jana" zwierzchnictwu„Zęba" nie oznaczało bynajmniej jego przejścia do NSZ, lecz tylko uznanie autorytetu popularnego dowódcy i czasowe podleganie jego rozkazom.” (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie str. 218). Marcin Zaborski natomiast pisze tak: „14 listopada 1943 r. rtm. Zub-Zdanowicz zorganizował z podległych mu oddziałów, mianowicie „Stepa", „Cichego", „Znicza" i „Ojca Jana" (por. Franciszka Przysiężniaka, oddział NOW-AK, od jesieni do końca 1943 r. podporządkowany rtm. Zub-Zdanowiczowi) oraz oddziału Kawalerii Zawichojskiej pod dowództwem ppor. Mariana Kaczmarskiego „Dymszy" (z Okręgu Kieleckiego) 1. Pułk Legii Nadwiślańskiej Ziemi Lubelskiej NSZ. Powstanie nowej jednostki uświetniła polowa msza św. w Borowie, podczas której poświęcono sztandar pułku, wyhaftowany przez panny Poray-Wybranowskie.” (M. Zaborski, Okreg Lubelski NSZ, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 225). Do osoby Leonarda Zub – Zdanowicza będzie okazja jeszcze wrócić m.in. przy okazji rozważań nad tematem scalenia z AK.

Tak jak wspomniałem na wstępie, M. Samborski w swojej publikacji przywołuje i cytuje wiele tekstów źródłowych. Do wielu nie mam dostępu jednak do niektórych można bez większych przeszkód dotrzeć, by się przekonać, że albo zostały potraktowane wybitnie wybiórczo albo w rzeczywistości wcale nie potwierdzają tez, na poparcie których zostały przywołane!!!

Poniżej kilka przykładów.

W sferze czysto wojskowej pierwszą zorganizowaną „drużyną" była grupa E. Nera, ps. Narcyz[!? – Plumer].(str. 137)

W przypisie powyższego cytatu Samborski przywołuje Kaczmarskiego. Tylko, że w oryginale informacja brzmi tak: „W krótkim czasie Więcław [po powrocie do Leżajska w lipcu 1941 – Plumer] zorganizował w Leżajsku placówkę NOW – liczącą początkowo 16 ludzi – nad którą dowództwo objął plut. Emil Ner, ps. „Narcyz”, „Brzeżański” – zawodowy podoficer z 51. pp w Brzeżanach” (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie str. 101). Czy to co napisał Samborski i Kaczmarski oznacza to samo? Czy „placówka” i „drużyna” to pojęcia równoważne? Bez komentarza.

Cały oddział po walce wycofał się do melin w Kuryłówce, pozostawiając rannych w Kurzynie. Przebywał tam ok. 2 - 3 tygodnie. Tutaj też, wg Sochy, Miazga 20 maja w organistówce zapoznał Przysiężniaka z K. Mireckim[podkr. – Plumer] (str. 142)

Tymczasem w oryginale brzmi to tak: „20 V 1943 r. w Kuryłówce spotyka się [Przysiężniak – Plumer] po raz pierwszy z K. Mireckim „Tadeuszem” – Komendantem Okręgu NOW Rzeszów. Przechodzi pod dowództwo NOW Okregu Rzeszów.”(S. Socha Czerwona Śmierć, Stalowa Wola 1997 str. 135). I znów prawie to samo. Tylko czy na pewno?

A teraz coś zupełnie kuriozalnego na co zwrócił uwagę już wcześniej Janowiak na forum www.dws.org.pl, a co chyba strasznie rozsierdziło M. Samborskiego. Zacytujmy większy fragment:

W rzeczywistości ten oddział nigdy nie należał do AK [podkr. – Plumer]. Jednakowoż, w opinii komendanta obwodu jarosławskiego AK, kpt. Wojciecha Szczepańskiego, ps. Julian, istniał plan przejęcia tego oddziału przez AK, ale dopiero w II połowie 1944 r, a więc wtedy, kiedy już nie istniał, o czym nie wiedziało kierownictwo obwodu AK . [podkr. – Plumer]. Jego zdaniem: „W pierwszych dniach sierpnia [1944 r. - MS] na teren Obwodu zgłosił się »Ojciec Jan« Franciszek Przysiężniak, który w czerwcu 1944 r., jako dowódca Oddziału Leśnego NOW scalonego z AK [? - MS] [podkr. – Plumer, tu chyba Autor wyraża ogromne zdumienie] , otrzymał rozkaz z Komendy Podokręgu dołączenia do partyzanckiego oddziału [„Prokop" - MS] Inspektoratu Przemyśl, stacjonującego w Kuryłówce koło Leżajska, a dowodzonego przez kpt. „Szpaka" [Ernesta Wodeckiego - MS]. (...) Wg jego [Przysiężniaka - MS] opinii, dopiero w sierpniu stworzone zostały warunki do wykonania rozkazu Podokręgu Rzeszów". Z tego wynika, że Przysiężniak nie wiedział o tym planie a zatem nie miał kontaktu ze strukturami lokalnymi AK [podkr. – Plumer].(str. 154 – 155).

Powyższy fragment to majstersztyk przywoływania cytatów i wyciągania „właściwych, jedynie słusznych” wniosków przez M. Samborskiego! Dlaczego? Otóż oryginalny, pełny cytat dosłownie wygląda tak:
„W pierwszych dniach sierpnia na teren Obwodu zgłosił się „Ojciec Jan" -Franciszek Przysiężniak, który w czerwcu 1944 r., jako dowódca Oddziału Leśnego NOW scalonego z AK, otrzymał rozkaz z Komendy Podokręgu dołączenia do partyzanckiego oddziału Inspektoratu Przemyśl, stacjonującego w Kuryłówce koło Leżajska, a dowodzonego przez kpt. „Szpaka". Oddział „Ojca Jana" w czerwcu znajdował się w Lasach Janowskich, które były objęte niemiecką akcją pacyfikacyjną pod nazwą „Sturmwind II". Według jego opinii, dopiero w sierpniu stworzone zostały warunki wykonania rozkazu Podokręgu Rzeszów. Przez ten dwumiesięczny czas wiele się zmieniło. Zginął kpt. „Szpak", a ja -jako jego następca - po wykonaniu akcji rozwiązałem Oddział Partyzancki Inspektoratu Przemyśl [„Prokop"], zasilając partyzantami macierzyste obwody i przystąpiłem do wykonania akcji „Burza".
„Ojciec Jan" po wkroczeniu Sowietów zdemobilizował swój oddział, a do Jarosławia zgłosił się z kilkunastoosobową kadrą. Pomimo trudnej sytuacji w nowej, sowieckiej okupacji, dla gości wyznaczyłem kwatery, częściowo w placówce nr 1 w Jarosławiu, a częściowo w placówce nr 10 w Zarzeczu.”
(W. Szczepański, Wspomnienia lipiec 1944 – grudzień 1957, wyd. IPN O/Rzeszów 2008 str. 66). Czy rzeczywiście po przeczytaniu z tzw. „zrozumieniem” powyższego tekstu można wysnuć wniosek taki jak zaprezentował w swojej publikacji M. Samborski? Pozostawiam to do oceny forumowiczom.

Tyle się tego zebrało, że nie jestem w stanie napisać wszystkiego za jednym podejściem. Poza tym i tak chyba mało kto będzie w stanie przeczytać za jednym zamachem takie długie przynudzanie. Zatem koniec pierwszego wejścia.

CDN

Ostatnio edytowany przez Plumer (2012-03-09 17:27:20)

Offline

 

#6 2012-03-10 11:27:17

genek72

Administrator

7248598
Zarejestrowany: 2009-04-18
Posty: 1078
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Czy można wiedzieć co było edytowane ? Recenzja jest bardzo ciekawa i jak połączyć ją z tą na forum DWS to można się dowiedzieć dużo ciekawych rzeczy. Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg.

Online

 

#7 2012-03-10 20:40:41

Plumer

Użytkownik

Zarejestrowany: 2011-07-07
Posty: 98
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Genek, wprowadziłem poprawkę, która nie zmienia zasadniczo tekstu. Po prostu Janowiak zwrócił mi uwagę, że dws nie jest "przemyskim" forum, a nie wiedzieć czemu tak mi się napisało w pierwszej wersji (może przez skojarzenie z Rocznikiem Przemyskim). Więc najzwyczajniej w świecie usunąłem ten przymiotnik z tekstu. Wszystkich miłośników forum dws.org.pl serdecznie przepraszam za pomyłkę i pozdrawiam.

Ps. Pracuję na dalszym ciągiem ale brakuje mi trochę czasu a nie chce wypuścić czegoś czego trzeba się będzie później wstydzić.

Offline

 

#8 2012-03-11 23:18:09

sensei

Nowy użytkownik

Zarejestrowany: 2012-03-11
Posty: 1
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Bardzo dobra robota.
Jeśli można coś zasugerować to chętnie bym widział rozwinięcie na drugą konspirację.

Pewnie nie tylko mnie nurtuje temat scalenia NOW (COP) z AK, a także działania oddziałów partyzanckich w ramach AK.
Dlaczego w drugiej konspiracji oddział Ojca Jana zostaje podporządkowany NZW (założonej przez "beton" NSZ'towski w osobach T.Danilewicz, Z.Stypułkowski, A.Michałowski  ntb. rozłamowcy z NOW którzy nie podporządkowali się decyzji ZG SN w sprawie scalenia z AK), a nie na przykład WiN Przemyśl czy Rzeszów ("Wschód") ?

Offline

 

#9 2012-03-17 17:01:38

Plumer

Użytkownik

Zarejestrowany: 2011-07-07
Posty: 98
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

sensei napisał:

Bardzo dobra robota.
Jeśli można coś zasugerować to chętnie bym widział rozwinięcie na drugą konspirację.

Pewnie nie tylko mnie nurtuje temat scalenia NOW (COP) z AK, a także działania oddziałów partyzanckich w ramach AK.
Dlaczego w drugiej konspiracji oddział Ojca Jana zostaje podporządkowany NZW (założonej przez "beton" NSZ'towski w osobach T.Danilewicz, Z.Stypułkowski, A.Michałowski  ntb. rozłamowcy z NOW którzy nie podporządkowali się decyzji ZG SN w sprawie scalenia z AK), a nie na przykład WiN Przemyśl czy Rzeszów ("Wschód") ?

Bardzo dziękuję.

Postaram się niebawem zamieścić druga część. Co do drugiej konspiracji to sprawa wcale nie jest taka prosta i oczywista. Jezeli starczy czasu i chęci to może coś uda się napisać. Nie wiem czy to będzie najbardziej odpowiednie miejsce? Może trzeba będzie założyć nowy post?

Pozdrawiam.

Ostatnio edytowany przez Plumer (2012-03-17 17:02:10)

Offline

 

#10 2012-03-21 15:13:51

Plumer

Użytkownik

Zarejestrowany: 2011-07-07
Posty: 98
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

M. Samborski z przekonaniem twierdzi, iż nie tylko oddział „Ojca Jana” nigdy nie został scalony z AK ale także powątpiewa czy w ogóle NOW w Obwodzie Łańcut podporządkowało się AK. Autor żeby sprawa nie budziła żadnych wątpliwości stara się dowieść, że oddział Przysiężniaka do końca swego istnienia działał w strukturach NSZ a nie NOW. Historia scalenia różnych organizacji niepodległościowych z AK (i to nie tylko NOW ale również BCh czy NSZ) to obszerny temat zasługujący pewnie na odrębny post. Pomimo podpisania umów scaleniowych na najwyższych szczeblach często „w terenie” zdarzali się dowódcy (a właściwie politycy), których wybujałe ambicje były przyczyną opóźniania scalenia w imię własnych celów. Nie inaczej było w obwodzie łańcuckim czy na Leżajszczyźnie.

Na temat scalenia NOW z AK w obwodzie łańcuckim Autor napisał tak:

Nawet zachował się podpisany przez jedną stronę - AK protokół z 23 III 1944 r., a w nim m.in. informacja, że pierwsza odprawa scaleniowa odbyła się 24 X 1943 r. Kisielewicz dodaje, że miała ona miejsce w leśniczówce leżącej w Dąbrówce k. Łańcuta; z ramienia NOW brali w niej udział: on, Janio i R. Gröger. Ponadto, że złożyli oni przysięgę na rzecz AK, którą przyjął Ernest Wodecki, ps. Szpak. Według nie podpisanego przez NOW tego protokołu 9 plutonów NOW liczących razem 430 ludzi zostało wcielonych do AK, a ponadto m.in. L. Janio miał zostać zastępcą komendanta obwodu AK. Nie wydaje się, że jest to informacja prawdziwa.[podkr. – Plumer]. W dotychczas ujawnionych dokumentach AK nie ma śladu po tych plutonach ani żadnej informacji o dowódcach pochodzących z NOW(str. 138)

I  znowu Autorowi nie wydaje się, że jest to informacja prawdziwa. Czy brak „dotychczas ujawnionych dokumentów” AK w tej sprawie świadczy o tym, że jest to informacja nieprawdziwa? Przecież to była konspiracja i „wytwarzanie” dokumentów, ze zrozumiałych względów, ograniczano do niezbędnego minimum. Poza tym K. Kaczmarski wyjaśnia przyczyny nie podpisania przez L. Janio (NOW) tego protokołu oraz jego późniejszej wersji przez E. Wodeckiego (AK). (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie str. 181-182)  I dalej…

W świetle informacji zawartych w najnowszych monografiach Podokręgu Rzeszów AK ani L. Janio, ani ppor. rez. sap. „Jur" (Jędrzejowski), ani strzelec „Zbych" (miał być referentem propagandy antykomunistycznej) czy wreszcie S. Kisielewicz (miał odpowiadać za informację i propagandę) nie figurują w wykazach członków funkcyjnych AK. (str. 138)

Tak jak napisałem powyżej, to że nie zachowały się dokumenty nie stanowi przekonującego argumentu w tej kwestii. Jednak skoro autor przywołał dwie stosunkowo nowe monografie to F. Sagan w Podokręg Armii Krajowej Rzeszów, Rzeszów 2009, wymienia Leona Janio jako zastępcę komendanta Obwodu AK Łańcut (str. 30), a G. Ostasz w Podziemna armia. Podokręg AK Rzeszów, Rzeszów 2010, wymienia Kazimierza Mireckiego jako II zastępcę komendanta Podokręgu AK Rzeszów a także Józefa Barana jako oficera artylerii Podokręgu AK Rzeszów (str. 320) i jednocześnie jako z-cę Inspektora Inspektoratu AK Przemyśl (str. 333). W obu ww. monografiach, w całym Podokręgu Rzeszów widnieją na wysokich szczeblach dowódcy pochodzący z NOW, dlaczego więc inaczej miałoby być w Obwodzie Łańcut, nawet jeśli brakuje „ujawnionych” dokumentów?

W przypisie 48 na str. 138 dotyczącym złożenia przez L. Janio i R. Grögera w dniu 24.10.1943 r. przysięgi AK-owskiej, którą odebrał E. Wodecki ps. Szpak, Autor stwierdził:

Wydaje się, że Kisielewicz przesadził z tą przysięgą.[podkr. – Plumer]. W tamtej chwili, wobec wielu wątpliwości, nie była jeszcze przesądzona sprawa scalenia, chociażby na szczeblu okręgu, tym bardziej w obwodach. Ponadto brak jest jakiegokolwiek, ujawnionego dokumentu wewnętrznego NOW o konieczności składania takiej przysięgi w tym czasie.(str. 138)

Autorowi znów coś się wydaje i brakuje ujawnionego dokumentu. Jednak skoro gen. Rowecki ps. Grot zaprzysiągł Komendanta Głównego NOW w dniu 4 XI 1942 a w dniu 19 XI zostali zaprzysiężeni komendanci okręgów (Armia Krajowa w dokumentach tom II str. 366), to niby dlaczego nie mieliby składać takiej przysięgi dowódcy niższych szczebli? Z powyższego wynika też, że scalenie było sprawą przesadzoną. Inną kwestię stanowił natomiast termin faktycznego scalenia jak i lawirowanie lokalnych dowódców, spowodowane chęcią uzyskania dla siebie jak najwyższych stanowisk w strukturach AK.

W dalszej części przyjrzymy się argumentom M. Samborskiego mającym potwierdzić brak przynależności oddziału „Ojca Jana” do AK, a nawet do NOW. Co więcej Autor jest święcie przekonany, iż dowiódł niezbicie jego działalności do końca swego istnienia w strukturach NSZ.

Nic dziwnego, że dla wzmocnienia dyscypliny, Przysiężniak był bardzo zainteresowany ściągnięciem do oddziału swojego kolegi z gimnazjum z Brodnicy (przebywającego w okolicy) Bolesława Usowa, ps. Kordian [chyba jednak Konar – Plumer], który wśród partyzantów uchodził za oficera AK [?! – Plumer]. W związku z tym, prawdopodobnie, to on utwierdził Usowa w przekonaniu, że jest oddziałem AK (ponowne podszycie się pod AK nastąpi w lutym 1944 r. w rozmowach z Werszyhorą). Po przyłączeniu się na początku grudnia 1943 r. Usowa do oddziału, Przysiężniak rzeczywiście podjął rozmowy w sprawie przystąpienia do OP 9 AK działającego na Lubelszczyźnie (o czym dalej). Jak wiemy, ostatecznie oddział nadal pozostał w strukturach NSZ [Skąd wiemy?! – Plumer], a Usow, zapewne, więcej nie wracał do sprawy, bo po klęsce we wsi Graba w praktyce został jego dowódcą. [podkr. – Plumer] (str. 147).

Bolesław Usow nie musiał „uchodzić za oficera AK”, on nim po prostu był i wiele wskazuje na to, że przynależność organizacyjna oddziału, nie była dla niego sprawą obojętną. Informacje dotyczące biografii Usowa są dość trudno dostępne, jednak udało mi się znaleźć ciekawy artykuł dotyczący jego osoby. Tadeusz Chrzanowski w biuletynie RDLP w Toruniu, cytując wspomnienia Stanisława Bałuta ps. Bruzda (podkomendnego Usowa), napisał: "Na spotkaniu w młynie w Goździe Huciańskim, w końcu listopada 1943 r. zapadła ostatecznie decyzja ppor. „Konara” wstąpienia do Oddziału „Ojca Jana”, jak również jego upewnienia się, że ten oddział, chociaż w swoim rodowodzie posiada Narodową Organizację Wojskową, podporządkowany jest Armii Krajowej" [podkr. – Plumer]. (T. Chrzanowski Nadleśniczy Bolesław Usow ps. Konar (1913 – 1954), BIULETYN RDLP W TORUNIU 1(54)2010 (str. 29). W ostatnim zdaniu M. Samborski z przekonaniem twierdzi, że oddział pozostał w strukturach NSZ, jednak jego dowódcą „w praktyce” został oficer AK? I to taki, który wcześniej upewniał się czy oddział podporządkował się AK? I do końca jego istnienia nie zorientował się, że oddział działa w strukturach NSZ? Mocno to naciągane.

Następny przypływ sił do oddziału nastąpił z chwilą zagrożenia aresztowaniem w Nisku osób związanych z tajnymi kursami wojskowymi NSZ m.in. szefa sztabu okręgu NSZ M. Maroszka. Dlatego, uciekając przed ewentualnymi zatrzymaniami, 31 X 1943 r. do oddziału zgłosiło ok. 20 jego uczestników. Musiało to być wcześniej przewidziane, bo wg Puchalskiego: „Decyzją naszych przełożonych zostaliśmy skierowani do oddziału partyzanckiego »Ojca Jana«". Nie było problemu z przyjęciem do oddziału, albowiem: „»Ojciec Jan« już miał meldunek o kierowaniu nas do jego oddziału". Kursy w Nisku były organizowane przez sztab okręgu rzeszowskiego NSZ (M. Maroszka, ps. Mruk -szef sztabu i Józef Baran, ps. Modliński - dowódca okręgu). (str. 147-148)

Kłopot polega na tym, że nawet sam Autor napisał o powrocie J. Barana do NOW (wg Samborskiego 10.VII 1943 r.), a opisywane zdarzenia miały miejsce 30.X 1943 r. Warto przytoczyć tu także relacje samego J. Barana: „Po dokonaniu tych czynności nastąpiła druga, ważna sprawa a mianowicie scalanie się NOW z PZP [kryptonim ZWZ-AK – Plumer] i tu nastąpiły duże trudności. Otrzymałem polecenie przeprowadzenia inspekcji szkół podchorążych w Rudniku, Nisku, Rozwadowie i Mielcu a także szkołę podoficerską w Wólce Niedźwiedzkiej. (…) W Rudniku było chyba 10 uczniów, w Nisku - podchorążówka, na dobrym poziomie uczniów około 10, właściwe szkolenie teoretyczne ukończone, wobec czego uważałem, że powinni teraz przejść praktykę w grupie leśnej „Ojca Jana" za Sanem.”(S. Haszto – Wspomnienie o ppłk. Józefie Chrząszczyńskim vel. Baranie, Almanach Leżajski nr 5/2010, str.103).

(…) dlatego też udał się on [„Zab” – Plumer] do przysiółka Borowiec nad Tanwią(…) w celu pertraktacji z Werszyhorą. Chodakiewicz cytując W. Ziebołowa pisze, że: „21.2 [lutego] do sztabu przybywają mjr »Ząb«, »Ojciec Jan« z konwojem. Oświadczają oni, że mają polecenie swojego rządu, przebywającego w Londynie, aby współdziałać z nami, jak ze sprzymierzeńcami". Na propozycję współpracy „Ząb", jak widać podszywający się pod AK [podkr. – Plumer], odpowiedział pozytywnie.(str. 149-150)

Nie rozumiem skąd wniosek, że Zub – Zdanowicz podszywał się pod AK? Czy ma świadczyć o tym fakt, że odpowiedział pozytywnie na propozycję współpracy? Być może chodzi o wcześniejsze zdanie, jednak Narodowe Siły Zbrojne, pomimo opozycyjnej postawy w stosunku do tzw. Rządu Londyńskiego, uznawały go za prawowite władze RP.

Po tych rozmowach na odprawie w Legii pojawił się problem, kto miał im pomagać. Z naturalnych względów [podkr. – Plumer] (...) wtedy zameldował się na ochotnika »Ojciec Jan«. Jego oddział miał pozostać na miejscu i współpracować z partyzantką sowiecką" (str. 150)

Ciekawe jakie to „naturalne względy” skłoniły Przysiężniaka do zgłoszenia się na ochotnika do współpracy z Sowietami. Może była to właśnie przynależność organizacyjna do NOW-AK? Gdyby rzeczywiście wchodził w skład struktur wojskowych NSZ, istniałaby realna groźba dekonspiracji i fizycznej eliminacji oddziału przez Sowietów. Tym bardziej gdyby, jak sugeruje Samborski, brał udział w likwidacji oddziału GL pod Borowem. Czy w takiej sytuacji, wobec śmiertelnego zagrożenia ryzykowałby życiem swoim i swoich podkomendnych? I to na ochotnika?

Dalej na potwierdzenie przynależności oddziału  do NSZ M. Samborski przytacza relację Antoniego Sobockiego, ps. Kaczor:

(…) rano (...) i wieczorem (...) odmawialiśmy po podaniu przeze mnie komendy »do modlitwy« - oto jej treść: Panie Boże Wszechmogący! Daj nam siłę i moc wytrwania w walce o ukochaną naszą ojczyznę - Polskę, której poświęcamy swoje życie. Niech z krwi niewinnie przelanej, braci naszych pomordowanych w lochach »gestapo« i czeki, niech z mogił naszych żołnierzy, poległych na polach całego świata, niech z łez naszych matek i sióstr, wyrzuconych z odwiecznych swych siedzib - powstanie Wielka Polska. O Mario! Królowo Korony Polskiej, błogosław naszej walce i naszemu orężowi i spraw o Miłościwa Pani Patronko naszych rycerzy, ażeby u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy, zatrzepotały dumnie biało-czerwone sztandary z Orłem Białym i Twoim Wizerunkiem - Amen". Przytoczono ją w całości by skonstatować, że była ona modlitwą żołnierzy NSZ [podkr. – Plumer].(str. 150 – 151).

Autor kilkakrotnie podkreśla w swojej publikacji, że odmawianie tej modlitwy stanowi jeden z mocnych argumentów potwierdzających jego tytułową tezę. Problem polega na tym, że modlitwę tę, zatytułowaną „Modlitwa o Wielką Polskę”, napisał ks. biskup dr Henryk Strykowski dla oddziałów NOW. Później odmawiali ją również żołnierze NSZ (podaję za http://nsz.com.pl/index.php/artykuly-i- … pelani-nsz). O modlitwie tej napisał też w swoich wspomnieniach K. Mirecki: „Komendantem miejscowej placówki NOW [podkr. – Plumer] był gajowy. (…) po złożonym mi raporcie zarządził odmówienie modlitwy „Panie Boże Wszechmogący, daj mi siłę i moc wytrwania w walce”. Modlitwę tę wprowadziliśmy obowiązkowo do każdej naszej zbiórki na wszystkich szczeblach, [podkr. – Plumer] (…)”  (K. Mirecki Narodowa Organizacja Wojskowa w Centralnym Okręgu Przemysłowym, str. 70).

W świetle ujawnionych wspomnień oraz opracowań historycznych bardzo trudno jest obronić tezę o scaleniu oddziału „Ojca Jana" z AK, niezależnie czy to miało mieć miejsce w roku 1943 czy 1944 r. (str. 154)

Czy rzeczywiście jest to takie trudne? Wg mnie niekoniecznie tym bardziej, że po tym zdaniu Autor tak „poszatkował” relację Szczepańskiego, dotyczącą powrotu „Ojca Jana” do Jarosławia, iż zupełnie zmienił oryginalny sens cytowanego fragmentu wspomnień.

Wobec mnożących się sprzecznych informacji należy podkreślić, że zdecydowane stanowisko braku przynależności oddziału do AK zajmowali zastępca Przysiężniaka - Miazga oraz doraźny zastępca dowódcy oddziału Bielak. Miazga pisał, że: „Scalenie oddziału »Jana«" z Armią Krajową do mego zranienia [12 X 1943 r. - MS] nie nastąpiło. Przysięga w Golcach była powtórzeniem roty przysięgi NOW (...) Sprawa scalenia nabrała rumieńców w 44 r."(str. 155).

Miazga w oświadczeniu z 1976 (dokument w moim posiadaniu) twierdził, że był twórcą placówki NOW w Sarzynie włączonej w 1942 roku do AK. 10 lat później napisał w liście do D. Garbacza, że był zastępcą oddziału partyzanckiego, który do października 1943 r. nie scalił się z AK. Trudno się racjonalnie odnieść do tej informacji, tym bardziej gdy nie ma się dostępu do pełnej treści tego listu. Łatwiej natomiast ocenić wypowiedź Bielaka cytowaną w artykule Samborskiego.

Jeszcze dobitniej w swojej relacji widział tę sprawę Bielak: „Kwestia podporządkowania się »Jana« Armii Krajowej wynikła jeszcze w 1943 roku. »Jan« kluczył i nie bardzo chciał scalić [oddziału - MS] z AK. W maju czy czerwcu 43 roku nie było żadnego zaprzysiężenia oddziału w AK. Pamiętam, że w listopadzie miało dojść do spotkania z »Janem« w Julinie w celu podporządkowania Armii Krajowej. »Jan« na to spotkanie nie zgłosił się. Podporządkowanie oddziału AK nastąpiło według mnie w 44 roku"[podkr. – Plumer] (str. 155)

Należy postawić tylko jedno pytanie. Czy to możliwe by Bielak, który wg informacji Samborskiego (str. 147) opuścił oddział w październiku 1943 r., mógł pamiętać, że do spotkania w sprawie podporządkowania AK miało dojść w listopadzie tegoż roku, w Julinie, ale Przysiężniak na nie się nie zgłosił? Posiadam odpis własnego życiorysu Przysiężniaka, zdeponowanego w Archiwum Państwowym w Przemyślu, w którym sam zainteresowany twierdzi, że scalenie nastąpiło w maju 1943 r. Dlaczego Przysiężniak miałby być mniej wiarygodny niż Miazga czy Bielak?

Co do pieczątki [o treści NOW-AK – Plumer], to jej stosowanie mogło wynikać z realiów walki partyzanckiej polegających m.in. na ukrywaniu własnej tożsamości. (…) Być może enzetowcy, podobnie jak i inni, w konspiracji nie chcieli obarczać organizacji ewentualnymi zobowiązaniami w przyszłości.(str. 156)

Powyższe to własne, „oryginalne” imaginacje Autora, których jest niemało w całym opracowaniu. Znane są takie przypadki, jednak dotyczą grup zajmujących się działalnością terrorystyczno – bandycką, zwłaszcza tych o rodowodzie PPR-owskim. I to one podszywały się zarówno pod oddziały AK jak i NSZ. Dowódca AK, gen. Bór –  Komorowski wydał nawet specjalną „Instrukcję o zapewnieniu bezpieczeństwa w kraju”, skierowaną przeciw „elementom plądrującym bądź wywrotowo-bandyckim” (Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945, t. VI, Uzupełnienia, s. 347-348), która wywołała w szeregach GL zarzut wojny domowej w podziemiu.

Kolejnym argumentem, że oddział „Ojca Jana" był w AK jest przypisywana mu nazwa OP 44. Niestety, obaj autorzy monografii ZWZ-AK na Lubelszczyźnie nietrafnie podali w przypisie, że: „W czerwcu 1944 roku oddział [„Ojca Jana" - MS] otrzymał nazwę OP 44". Od tego czasu inni badacze bezkrytycznie powielają tę informację. Jak wynika z dokumentów i praktyki w AK, w procesie „odtwarzania sił zbrojnych" panowała reguła nadawania oddziałom partyzanckim (OP) numerów przedwojennych pułków związanych z macierzystą ziemią.[podkr. – Plumer]. (str. 156 – 157)

W tym przypadku M. Samborski powołując się na przyjętą zasadę numeracji jednostek  wojskowych w ramach Odtwarzanie Sił Zbrojnych, która wcale nie dotyczyła oddziałów partyzanckich o czym można się przekonać m.in. czytając przytoczony przez Autora w przypisie na str. 157, rozdział opracowania p.t. Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej, tom III Armia Krajowa, gdzie napisano na str. 213: „Oddziały bojowe odtwarzanych jednostek, czyli oddziały AK, otrzymać miały przydział, nadany przez komendanta okręgu”. Poza tym Autor „przeoczył” najprawdopodobniej jedną drobną kwestię pomimo, że przytacza ją w ostatnim zdaniu. Numeracja dotyczyła odtwarzania jednostek na szczeblu pułku a oddział „Ojca Jana” mógł stanowić co najwyżej zalążek kompanii. Wcześniej na str. 156 Autor wymienia numery odtwarzanych jednostek na Lubelszczyźnie i Rzeszowszczyźnie sugerując, że oddział Przysiężniaka nie miał przydziału do żadnej z nich. A przecież odpowiedź można znaleźć we wspomnieniach W. Szczepańskiego i to we fragmencie cytowanym „niefortunnie” przez Samborskiego, gdzie można przeczytać, że „w czerwcu 1944 r. [Przysiężniak – Plumer], jako dowódca Oddziału Leśnego NOW scalonego z AK, otrzymał rozkaz z Komendy Podokręgu dołączenia do partyzanckiego oddziału Inspektoratu Przemyśl, stacjonującego w Kuryłówce koło Leżajska, a dowodzonego przez kpt. „Szpaka".” (W. Szczepański, Wspomnienia lipiec 1944 – grudzień 1957, wyd. IPN O/Rzeszów 2008 str. 66). Z tej informacji wynika ni mniej ni więcej, że oddział miał funkcjonować w ramach 39 pułku piechoty AK.

Warto w tym miejscu przywołać jedną z autorskich tez M. Samborskiego, gdyż wiąże się ona ściśle z poruszanym zagadnieniem.

O identyfikacji z konkretną konspiracją decyduje nie tylko formalna przynależność, ale też współdziałanie z innymi oddziałami tej samej konspiracji lub stowarzyszonej[podkr. – Plumer]. W przypadku oddziału „Ojca Jana" nie notowano żadnej takiej współpracy z AK, a w przypadku BCh nawet dochodziło do wzajemnych walk[podkr. – Plumer]. Tym bardziej staje się to nieprawdopodobne ze względu na to, że Mirecki nominalnie był przecież II zastępcą dowódcy Podokręgu AK Rzeszów.

W mojej opinii Autor wygłasza bardzo karkołomne tezy. O co chodzi w pierwszym zdaniu? Czy to miało oznaczać, że np. oddział formalnie zaprzysiężony w AK, współdziałający w 1943 roku w ramach akcji zbrojnych (i nie tylko) z NSZ lub jakąkolwiek inną organizacją niepodległościową (nie scaloną w tym czasie z AK) lub, nie daj Boże, partyzantką sowiecką w rzeczywistości nie był oddziałem AK-owskim? I dalej pada autorytatywne stwierdzenie o totalnym braku współpracy z AK. Czy Bolesław Usow, który często dowodził oddziałem, rzeczywiście tylko „uchodził” za oficera AK? Czy współdziałanie (nawet u boku Zub – Zdanowicza) w wielu akcjach zbrojnych z terenowymi oddziałami AK to tylko nieskoordynowany zbieg okoliczności? Czy zgłoszenie się po rozwiązaniu oddziału, „z kilkunastoosobową kadrą”, do komendanta jarosławskiego Obwodu AK, W. Szczepańskiego, który „pomimo trudnej sytuacji w nowej, sowieckiej okupacji” wyznaczył „dla gości kwatery” to tylko czysty przypadek. Dobrze byłoby również by M. Samborski podał gdzie i kiedy doszło do wzajemnych walk oddziału „Ojca Jana” z BCh i poparł to jakimiś wiarygodnymi dowodami. Konia z rzędem natomiast dla tego kto potrafi mi wytłumaczyć ostatni akapit powyższego cytatu. Czy Autor chce powiedzieć, że fakt wykonywania przez Przysiężniaka rozkazów Mireckiego, który po scaleniu (NOW z AK) został mianowany II zastępcą dowódcy Podokręgu AK Rzeszów, świadczy o braku współpracy oddziału z Armią Krajową?

Wobec niektórych twierdzeń, że jakoby Legia „Zęba" scaliła się z AK w 1944 r. i poprzez to oddział „Konara" mógł przynależeć do NOW-AK należy stwierdzić, że nie miało to miejsca, a podszywające się oddziały pod AK kierownictwo lokalne AK starało się usunąć z terenu Lubelszczyzny. (str. 160)

M. Samborski oddział „Ojca Jana” nazywa czasem zamiennie oddziałem „Konara”. Jeżeli przyjmiemy, że faktycznym dowódcą był B. Usow to jego osoba wskazywałaby na AK. Jednak na poparcie przynależności oddziału do NSZ, Autor szczególnie eksponuje w swojej publikacji Legię Nadwiślańską i jej dowódcę majora „Zęba”. Nie wiem skąd M. Samborski czerpie swoje niezachwiane przekonanie o niechęci majora Zub - Zdanowicza do AK czy też o jego negatywnym stosunku do scalenia, nie tylko podległych mu oddziałów, ale całego NSZ. W tym miejscu posłużę się następującym cytatem: „Otóż, być może jeszcze w pierwszej połowie marca 1944 r., okręgowy kierownik AS [Akcji Specjalnej – Plumer] mjr Zub-Zdanowicz, natychmiast po otrzymaniu wiadomości o podpisaniu umowy scaleniowej, wyruszył konno i w ubraniu cywilnym, aby spotkać się z komendantem okręgu AK płk. Kazimierzem Tumidajskim „Marcinem". Spotkanie odbyło się w Krężnicy Okrągłej koło Lublina. Jego celem było zapewne przygotowanie gruntu pod przyszłe, sprawne i szybkie przeprowadzenie akcji scaleniowej w okręgu. Płk. Tumidajski przekazał mjr. Zub-Zdanowiczowi ad hoc szereg sugestii co do działania oddziałów NSZ na Lubelszczyźnie: nie zaczepiać komunistów, współdziałać z Kedywem AK Lublin, a w razie wejścia Sowietów na teren okręgu, przejść wraz z całym Pułkiem Legii Nadwiślańskiej za Wisłę, na teren Okręgu Kielce.” (M. Zaborski, Okręg Lubelski NSZ, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 196). W tej samej publikacji informacje te potwierdza prof. Chodakiewicz: „Prawdopodobnie około 12 marca Zub-Zdanowicz zameldował się komendantowi Okręgu Lublin AK, podpułkownikowi Kazimierzowi Tumidajskiemu, i podporządkowywał swój pułk NSZ Armii Krajowej, zgodnie z umową scaleniową podpisaną w Warszawie przez dowództwa NSZ i AK. Na początku kwietnia Zub-Zdanowicz udał się do Warszawy, aby zameldować Dowództwu NSZ o postępach w akcji scaleniowej. (…)W połowie marca, mjr „Ząb", za aprobatą płk. „Marcina", przerzucił „Stepowców" na Kielecczyznę, a reszta Legii Nadwiślańskiej kontynuowała swoją pracę na Lubelszczyźnie." (M.J. Chodakiewicz, Przypadek Leonarda Zub-Zdanowicza, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 250). Na dodatek działania scaleniowe Zdanowicza nie były nacechowane niechęcią. Wg Zaborskiego: „Szeregowi żołnierze NSZ różnorako zareagowali na podporządkowanie Okręgu III [NSZ – Plumer] Armii Krajowej. W oddziałach Akcji Specjalnej w Powiecie Kraśnickim wybuchła radość. Jak wspomina Maria Zub-Zdanowicz (żona mjr. L. S. Zub-Zdanowicza), Wszyscy ucieszyliśmy się, że nareszcie będzie jedno wojsko”. (M. Zaborski, Okręg Lubelski NSZ, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 205). Ażeby jeszcze dodać „smaczku” tym rozważaniom dorzucę kolejny fragment z cytowanej publikacji Marcina Zaborskiego: „A oto inny przykład oddolnych inicjatyw scaleniowych: 6 października 1943 r. [podkr. – Plumer] w powiecie kraśnickim, po przeprowadzonej wspólnie przez NSZ i AK akcji na więzienie w Biłgoraju, oficerowie AK, NOW i NSZ uchwalili petycję do polskich władz politycznych i wojskowych, w której prosili o jak najszybsze scalenie wysiłku zbrojnego tych organizacji i skierowanie go przeciw dwóm wrogom Polski: Niemcom i Sowietom”(str. 195). I dalej w przypisie podając jako źródło tej informacji AAN, 207/22, k. 151; M. J. Chodakiewicz, Przeciw..., ss. 92-93. „Petycje podpisało 25 oficerów AK, NOW i NSZ (podaję bez rozszyfrowywania pseudonimów, często oczywistych): kpt. „Ząb" [NSZ, L. Zub-Zdanowicz – Plumer], por. „Step", por. „Ojciec Jan" [NOW, F. Przysiężniak – Plumer], por. „Kret", ppor. „Dąbrowa", ppor. „Ludwik", kpt. „Żegota" [AK, T. Sztumberk-Rychter – Plumer], por. „Wacław", por. „Pod¬laski", ppor. „Sęk", ppor. „Szmaragd", ppor. „Szczerba", ppor. „Burza", ppor. „Kulski", ppor. „Struńcz", ppor. „Totem", ppor. „Kordzeń", ppor. „Wlodko", pchor. „Grom", pchor. „Gorowicz", pchor. „Fernando"(str. 195 – 196).

Nie mieli żadnych wątpliwości partyzanci z BCh i Armii Ludowej. W opublikowanych dokumentach ludowców i lewicowców z czasu II wojny światowej jednoznacznie określa się, że oddział „Ojca Jana" przynależał do NSZ.(str. 162)

Autor na poparcie powyższych słów przywołuje m.in. dokumenty AL z roku 1944 opublikowane w opracowaniu z 1960 r. W mojej opinii są to dokumenty bezwartościowe, prokurowane na potrzeby powojennej propagandy komunistycznej. W tym czasie NSZ stały się „kozłem ofiarnym”. Każdemu komu bezpieka chciała postawić najcięższe zarzuty, przypisywano „zbrodnicze” działania w strukturach NSZ, a byli GL-owcy a także cześć BCh-owców (m.in. ta związana z Władysławem Jagusztynem ps. Oracz) podjęła aktywną współprace z Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego.

(…) Przysiężniak dowodził kilkuosobową „Egzekutywą powiatu" NSZ, zaś Miazga nowostworzonym oddziałem zbrojnym NOW. Należy podkreślić, że tylko w strukturach NSZ występowało określenie „Egzekutywa powiatu". W NOW nie było takiej nomenklatury, były „patrole dywersyjne" [podkr. – Plumer]. (str. 162)

M. Samborski w wielu miejscach swojej pracy jak mantrę powtarza, że Przysiężniak dowodził „Egzekutywą powiatu”. W innym miejscu nazwał tez oddział „Cichego” „Egzekutywą powiatu” (str. 142). Pozostaje tylko pytanie skąd Autor czerpie te informacje? Pewne jest, że tak nazywano potocznie w powiecie kraśnickim jeden z oddziałów NSZ. Podaję za M. Zaborskim: „Oddział „Zagłoby" — Ryszarda Ławruszczuka, tzw. Egzekutywa Powiatowa, mały oddział lotny, stanowiący kontynuację oddziału NOW-AK, działającego w Kraśnickiem i dowodzonego przez Władysława Strzemesznego „Wołodię" — „Zucha". Podlegał Komendzie Powiatu nr 2, liczył kilkunastu żołnierzy. W sierpniu 1943 r. większa część oddziału opuściła szeregi NSZ i przeszła do AK.” (M. Zaborski, Okręg Lubelski NSZ, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 224). Tamże na tej samej stronie napisano: „Oddział „Cichego" — ppor. lotn./kpt. Wacława Piotrowskiego, utworzony w połowie 1943 r. w Powiecie Kraśnik. Wiosna 1944 r. liczył ponad 120 żołnierzy. Formalnie był oddziałem ochrony powiatu, a 14 maja 1944 r. został włączony do AS.” Potraktowanie „patroli dywersyjnych” jako element charakterystyczny dla struktur NOW przeczytałem z pewnym rozbawieniem. A już w zdumienie wprawiło mnie to na jakiej podstawie M. Samborski wysnuł taki wniosek. Zajrzałem do literatury przywołanej przez Autora w przypisach. I co? Cytuję: „Chłopcy z lasu zjawiający się dla podjęcia broni zazwyczaj przybywali jako patrol, składający się z 3 do 6 ludzi [podkr. – Plumer]. Żołnierze w lesie żyli zawsze z bronią, więc na względnej wolności nie zachowali tych środków ostrożności, jakie zwykle na co dzień stosowała ludność żyjąca w miastach”. (K. Mirecki Narodowa Organizacja Wojskowa w Centralnym Okręgu Przemysłowym, str. 121). „Niepowodzeniem zakończyła się akcja odbicia go z miejscowego aresztu podjęta przez patrol dywersyjny NOW w nocy z 30 na 31 XII 1943 r.” (K. Kaczmarski Saga Rodu Mireckich, Biuletyn IPN nr 8-9 z 2007, str. 146). Czy rzeczywiście na podstawie tych dwóch cytatów można wyciągnąć wniosek, ze patrole dywersyjne były jakimś wyróżnikiem dla struktur NOW, w stosunku do innych organizacji podziemnych?

Dalej Autor jako jeden z niezbitych dowodów na związki Oddziału „Ojca Jana” z NSZ wytacza m.in. taki oto argument:

(…) prowadzenie akcji zbrojnych patrolami a nie całymi oddziałami;(…) [?! – Plumer] (str. 163)

To chyba jakaś nowatorska teoria M. Samborskiego. Pozostawię to litościwie bez komentarza.

Chyba wystarczy jak na o drugie wejście, choć to nie koniec moich przemyśleń na temat opracowania M. Samborskiego.

Ostatnio edytowany przez Plumer (2012-03-21 19:31:06)

Offline

 

#11 2012-03-25 10:41:49

genek72

Administrator

7248598
Zarejestrowany: 2009-04-18
Posty: 1078
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Z Podkarpacia ciekawe materiały dotyczące scalenia NOW z AK znajdują się w Muzeum AK w Krakowie. Tak przynajmniej było w reportażu w TVP Historia. A cd repliki niezwykle interesujący i czekamy na dalszy ciąg.
Pozdrawiam

Online

 

#12 2012-05-07 00:28:40

perf

Użytkownik

Zarejestrowany: 2009-05-17
Posty: 91
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Wykład dr. K.Kaczmarskiego o okręgu rzeszowskim NOW:  http://www.youtube.com/watch?v=0yqY6SCs2Gw

Offline

 

#13 2012-05-13 15:09:10

Plumer

Użytkownik

Zarejestrowany: 2011-07-07
Posty: 98
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Wielokrotnie w swojej pracy Samborski przytacza swoje „oryginalne” przemyslenia świadczące o rzekomej przynależności oddziału „Ojca Jana” do NSZ.

„W marcu lub na początku kwietnia 1943 [podkr. – Plumer] pojawił się oddział por. Wacława Piotrowskiego »Cichy«, (...). Jak okazuje się: „(...) wspomniany już ppor. Piotrowski (»Cichy«), który wkrótce miał dołączyć do »stepowców« [oddział NSZ „Aleksandrówka - MS], byli [z Ryszardem Ławruszczukiem ps. Zagłoba - MS] członkami »Egzekutywy Powiatowej« NSZ, to jest kraśnickiej komórki likwidacyjnej". Wydaje się, że właśnie to spotkanie z „Cichym" było decydującym dla włączenia do NSZ grupy Przysiężniaka. [?! – Plumer]. Pierwszym efektem ich współdziałania było przekazanie „Cichemu" trzyosobowej grupy „Lecha" z Lipin, a w zamian rekomendacja wstąpienia do grupy Przysiężniaka trzech ludzi z Golców i Kurzyny, m.in. Marcina Kumięgi, ps. Zawierucha. Z tych względów zarówno Zagórski, Garbacz jak i Socha nazywają grupę Przysiężniaka: „oddziałem egzekucyjnym powiatu (obwodu)". [podkr. – Plumer]. (str. 139 – 140)

Pierwsze pytanie jakie się nasuwa po przestudiowaniu powyższego cytatu to skąd bierze się wniosek, że spotkanie z „Cichym” miałoby zadecydować o przyłączeniu się „Ojca Jana” do NSZ? Tak naprawdę Samborski nie przytacza ani jednego argumentu na poparcie tej tezy. Drugie pytanie, które wręcz cisinie się na usta po uważnej lekturze powyższego fragmentu publikacji to właściwie z jakich względów Zagórski, Garbacz i Socha nazywają „grupę” (?!) Przysiężniaka „oddziałem egzekucyjnym”? W pierwszej chwili patrząc na następstwo  logiczne zdań może się wydawać, że względy te stanowił fakt wymiany ludzi pomiędzy oddziałami „Jana” i „Cichego”. Chyba jednak nie to Autor miał na myśli. Więc może chodzi o tzw. „Egzekutywę Powiatową” NSZ? Przytoczmy fragmenty dwóch opracowań na które powołuje się Samborski (niestety do pracy A. Zagórskiego nie mam aktualnie dostępu).
„Zaczątków oddziału „Ojca Jana” trzeba szukać jeszcze w 1942 roku [podkr. – Plumer]. (…) Rozkaz ten [zorganizowania oddziału dywersyjnego złożonego z ludzi zdekonspirowanych w okręgu lubelskim NOW – Plumer] przekazał Przysiężniakowi – Teodor Rzepecki vel Rowecki „Czarny” komendant powiatu biłgorajskiego NOW [podkr. – Plumer]. Kilkuosobowa grupa Przysiężniaka, występującego wówczas pod pseudonimem „Jan” nosiła nazwę „oddział egzekucyjny powiatu”.” (D. Garbacz, Wołyniak legenda prawdziwa, Wyd. Sztafeta Stalowa Wola 2008, str. 12)
„W pierwszych miesiącach 1942 r. z rozkazu Komendanta Obwodu Biłgorajskiego por. „Czarnego” [podkr. – Plumer] tworzy „Oddział Egzekucyjny Obwodu”, w sile 7 ludzi.” (S. Socha, Czerwona Śmierć, Stalowa Wola 1997, str. 135).
Jak podawałem wcześniej za M. Zaborskim Oddział „Zagłoby" — Ryszarda Ławruszczuka, to była tzw. Egzekutywa Powiatowa, działająca w powiecie kraśnickim. Wg tego samego Autora „Oddział „Cichego" — ppor. lotn./kpt. Wacława Piotrowskiego, utworzony [został] w połowie 1943 r. w Powiecie Kraśnik [podkr. – Plumer]. Formalnie był oddziałem ochrony powiatu (…)” (M. Zaborski, Okręg Lubelski NSZ, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 224).
Przysiężniak tworzył oddział egzekucyjny powiatu biłgorajskiego NOW na początku 1942 r. „Zagłoba” był dowódcą tzw. Egzekutywy Powiatowej NSZ w Kraśnickiem a „Cichy” był dowódcą oddziału NSZ utworzonego w Powiecie Kraśnik w połowie 1943 r. Więc co ma piernik do wiatraka?

„Nie wiadomo, czy ten rozkaz [Mireckiego – Plumer] trzymania się za Sanem, czy stan oddziału, czy wreszcie brak wywiadu i komunikacji był przyczyną, że przebywający kilka kilometrów od Leżajska oddział, w żaden sposób, nawet na chwilę (np. przez wywołanie strzelaniny) nie odciągnął chociażby części Niemców [?! Podkr. – Plumer] dokonujących 28 V 1943 r. pacyfikacji Leżajska, czym może umożliwiłby jakąś reakcję samoobronną. [sic! - Plumer]” (str. 143)

Cóż za fantazja, tylko czy aby na pewno Samborski wie o czym mówi? Brak wywiadu i komunikacji? Przecież pacyfikacja była przygotowana w ścisłej tajemnicy i podczas jej trwania nie wiedziano o niej ani w Giedlarowej, ani w Woli Zarzyckiej, które leżą równie blisko Leżajska. Skąd mieli by o niej wiedzieć partyzanci „Ojca Jana” stacjonujący za Sanem? Załóżmy jednak, że jakimś cudem informacja o trwającej pacyfikacji Leżajska dotarłaby do nich. Jaka mogłaby być sensowna reakcja małego oddziału partyzanckiego (20? 30? czy nawet 50 osobowego), stacjonującego za Sanem? Szacuje się, że w pacyfikacji Leżajska brało udział ok. 3000 żołnierzy z jednostek wojskowych i policyjnych okupanta. Dla Samborskiego sprawa jest oczywista, można np. wywołać strzelaninę, która umożliwiłaby jakąś reakcję obronną (?!). Szkoda, że Autor tego „genialnego” w swojej prostocie pomysłu z zakresu taktyki walk partyzanckich, nie zdradził czytelnikom jaką i czyją reakcję obronną miał na myśli. W zaistniałej sytuacji jedyną szansą mogłaby być próba odbicia aresztowanych w drodze do Jarosławia, wykonana np. przez żołnierzy sąsiedniej placówki. Taka koncepcja zaświtała też w głowie zatrzymanego komendanta placówki AK w Leżajsku, Rudolfa Jaszowskiego i taki ostatni rozkaz przekazał przez swoją żonę Annę. Akcje mieli przeprowadzić żołnierze AK z Woli Zarzyckiej, jednak rozkaz ten dotarł w chwili gdy był już niewykonalny… ale to już inna historia. Wystarczy trochę wyobraźni by dojść do wniosku, że najbardziej prawdopodobnym skutkiem proponowanej przez Samborskiego strzelaniny, byłaby karna ekspedycja niemieckich oddziałów represyjnych,  z zadaniem zniszczenia stacjonującego za Sanem oddziału partyzanckiego oraz pacyfikacja miejscowości podejrzanych o jego wspieranie.

„Prawdopodobnie spotkanie w organistówce miało decydujący wpływ na dalsze losy oddziału. Ostra reprymenda udzielona Miazdze, nakaz opuszczenia terenu okręgu rzeszowskiego NOW dla Przysiężniaka i czasowe zaprzestanie interesowaniem się zastępem przez Mireckiego oraz wcześniejsze związki Przysiężniaka z NSZ, wg autora, doprowadziły do pchnięcia oddziału Miazgi w ramiona NSZ.” (str. 143)

Proszę o uważne powtórne przeczytanie powyższego cytatu. Przyznaję, że zupełnie nie rozumiem „logiki” Autora. Komendant rzeszowskiego okręgu NOW Mirecki, udzielił reprymendy Miazdze, nakazał Przysiężniakowi opuszczenie terenu okręgu i jednocześnie przestał czasowo interesować się oddziałem (tylko czyim Miazgi czy Przysiężniaka, bo z tego wynika, że wtedy traktował je jako dwa odrębne oddziały). Skutkiem tego było odejście Miazgi wraz ze swoimi ludźmi do NSZ. Czy to ma znaczyć, że wg Samborskiego, Miazga obraził się na komendanta okręgu, za to, że zakazał samowolnego działania i bazując na rzekomych wcześniejszych kontaktach Przysiężniaka z NSZ, odszedł do tej organizacji licząc na bezkarność i większą tolerancję ze strony nowych przełożonych? Przecież w oddziałach NSZ też obowiązywała dyscyplina wojskowa a już Zub – Zdanowicz słynął z trzymanie swoich podwładnych twardą ręką. 

Dalej na str. 143 Autor wytacza swoje koronne argumenty na przynależność oddziału „Ojca Jana” do NSZ. Niektóre cytowałem już wcześniej, jednak pod numerem 2 Samborski napisał:

„Na pewno dowodzenie oddziałem przejął Przysiężnak bo jak później wykaże się na czerwcowych „uroczystościach" w Golcach powszechnie uznanym dowódcą oddziału był już Przysiężniak a nie Miazga. Sam Mirecki przyznawał w cytowanym wyżej liście z 7 VI 1987 r., że: „Błąd polegał [na tym - MS], że Ludwik [Miazga - MS] bez upoważnienia swych władz odstąpił dowodzenie Janowi". Wg Miazgi („przecież tylko plutonowego pod chorążego") [?! – Plumer] „Wyszło więc na to, że będę u Jana w oddziale coś w rodzaju oficera polityczno-wychowawczego, Może zastępcy";” (str. 143)

Zakładam, że podkreślony przeze mnie fragment w nawiasie to tylko błąd drukarski, gdyż w innym przypadku ta część zdanie nie ma zupełnie sensu. Chodziło zapewne o plutonowego podchorążego tj. stopień wojskowy jaki miał wówczas Miazga. Nie bardzo rozumiem jakie intencje miał Autor pisząc powyższe zdanie. Czy wg niego podchorąży nie mógł pełnić funkcji oficerskich? Przecież podchorążowie to adepci szkół oficerskich, więc chyba nie taki był zamysł. Więc może, zdaniem Autora, w NSZ można było dowolnie obejmować lub zdawać dowództwo oddziału bez zgody zwierzchników. Jeżeli to ma być argument przynależności oddziału „Ojca Jana” do NSZ to po raz kolejny gratuluję fantazji.

K. Mirecki z nieprzekonywujących powodów zaprzestał (czasowo?) interesować się oddziałem Miazgi/Przysiężniaka.(str. 143)

Kolejny śmieszny argument Samborskiego na przynależność oddziału do NSZ. Nie rozumiem „logiki” Autora. Jakie powody byłyby przekonywujące i czy w ogóle Kazimierz Mirecki jako dowódca okręgu musiał nieustannie interesować się oddziałem „Ojca Jana”? Czy zajmując tak wysoką funkcję nie miał zupełnie nic innego na głowie?

„W tym czasie w oddziale było zaledwie dwóch przedwojennych zawodowych żołnierzy i ich podział obowiązków wg Miazgi był następujący. „Jan załatwiał sprawy kontaktów z okręgiem i organizacjami terenowymi lasów janowskich, a mnie przypadły sprawy wyżywienia, ubezpieczenia i wyszkolenia oddziału (...)”. (str. 144).

Może to nie ma większego znaczenia, ale znów nie są dla mnie jasne intencje Autora. Po pierwsze, jakie znaczenie ma fakt obecności w oddziale przedwojennych zawodowych żołnierzy? Po drugie, jeśli Autor miał na myśli Miazgę i Przysiężniaka, bo wszystko na to wskazuje, to znów „trafił kulą w płot”. Obaj bohaterowie byli oficerami rezerwy.

„„Jan załatwiał sprawy kontaktów z okręgiem i organizacjami terenowymi lasów janowskich (…)”. W rzeczywistości nie było tak częstych kontaktów z okręgiem (zresztą Miazga nie precyzuje - czy NSZ czy NOW), ale wyjazdy Przysiężniaka do Janiny Oleszkiewicz (Kuryłówka) i do majątku w Borowie, gdzie przebywał Zub-Zdanowicz, ps. Ząb i gdzie kwitło życie towarzyskie.” (str. 144).

Znów Samborski stawia tezy nie poparte żadnymi dowodami. Szczególnie druga część ostatniego zdania ma sugerować, że Przysiężniak zamiast zajmować się oddziałem wolał „balować” z Zub – Zdanowiczem w Borowie. Ciekawe na jakiej podstawie Autor wysnuł taki wniosek. Leonard Zub – Zdanowicz w owym czasie raczej „(…) myślał, że żelazną dyscypliną uda mu się przekształcić swoje pospolite ruszenie w prawdziwe wojsko. (…) W warunkach właściwie permanentnego napięcia, głodu, zimna, oraz braku snu, broni i amunicji, zbyt wiele wymagał zarówno od siebie, jak i swoich żołnierzy”. (M.J. Chodakiewicz, Przypadek Leonarda Zub-Zdanowicza, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 253). Więc gdzie tu miejsce i czas na życie towarzyskie?

„Natomiast poprzednio [przed początkiem sierpnia 1943 r. – Plumer] współpracował [Przysiężniak – Plumer] co najmniej z dowódcą „Egzekutywy powiatu" NSZ - „Cichym". Ze względu na preferowaną działalność patrolami a nie całymi oddziałami [podkr. – Plumer] nie sposób ustalić, do czasu przyjścia „Zęba", wspólnych z nimi większych akcji zbrojnych.” (str. 145).

Ta współpraca przed pojawieniem się Zub – Zdanowicza to ma być kolejny argument na przynależność oddziału „Ojca Jana” do NSZ. Nawet jeśli takowa była to współpraca nie oznacza jeszcze przynależności. Poza tym, jak pisałem już wcześniej, tzw. „Egzekutywą Powiatową” w  Kraśnickiem, do sierpnia 1943 r. dowodził „Zagłoba” (Ryszard Ławryszczuk) a nie „Cichy”. Ponadto należałoby postawić Samborskiemu trzy pytania:
1.    kto i gdzie preferował działalność patrolami a nie całymi oddziałami? (wypadałoby wyjaśnić co Autor przez to rozumie i skąd czerpie te informacje),
2.    czy gdyby preferowano działalność całymi oddziałami a nie patrolami to łatwiej można by ustalić jakie były wspólne większe akcje „Ojca Jana” z oddziałami NSZ? (jestem bardzo ciekawy skąd wynika taka argumentacja),
3.    skoro oddział „Cichego” wg M. Zaborskiego został utworzony w połowie 1943 r. a Zub – Zdanowicz dotarł na Lubelszczyznę 5 lipca 1943, to ileż mogło być w tym przedziale czasu wspólnych większych akcji oddziałów „Ojca Jana” i „Cichego”, że nie sposób ich ustalić?

W dalszej części Autor wysuwa kolejną tezę (hipotezę?):

”Jak z powyższego wynika oddziały NSZ „Wojciecha"/"Stepa" /„Zęba" i Miazgi/Przysiężniaka współpracowały ze sobą grubo przed sierpniem 1943 r. Ten fakt daje pewne podstawy do postawienia tezy, że oddział „Ojca Jana" mógł brać udział w likwidacji 9 VIII 1943 r. oddziału GL „Słowika", która odbiła się szerokim echem w polskim podziemiu.” (str. 145 – 146).

Właśnie w tym problem, ze z powyższego wcale nie wynika to co sugeruje Samborski. Zaledwie dwa zdania wcześniej napisał o współpracy z oddziałem „Cichego”, który to powstał w połowie 1943 r. Teraz twierdzi, że współpraca z oddziałem „Wojciecha"/"Stepa" /„Zęba" zaczęła się „grubo przed sierpniem 1943 r.”. Postawmy pytanie co wg Autora znaczy grubo i czy jest to prawdopodobne. „Wojciech” dowodził tzw. Aleksandrówką do 23 maja 1943 r., kiedy to został ranny w starciu z Niemcami pod Wilkołazem. Nieudana akcja Przysięzniaka i Szklarka na Liegenschaft w Groblach miała miejsce w nocy z 12/13 maja 1943 r., dlatego raczej nieprawdopodobna jest ich współpraca w tym okresie. Potem na krótko (niestety nie wiem jak krótko) dowództwo Aleksandrówki objął ppor. „Jawor”, którego szybko zwolniono wskutek sprzeciwu żołnierzy. Załóżmy, że został powołany z końcem maja i w ciągu dwóch tygodni tak „nawywijał”, że go odwołano, a dowódcą zostaje „Step”. Optymistycznie zakładając mamy połowę czerwca 1943 r. Zgodnie z relacja Puchalskiego, 24 czerwca 1943 r. (nie tak jak pisze Samborski 26 VI), miejscowe placówki urządzają, w rejonie wsi Golce, imieniny „Ojca Jana”. Wtedy też, wg Puchalskiego, dołącza do oddziału z grupą partyzantów ppor. Ludwik Miazga, który zostaje zastępcą Przysiężniaka (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 51). Czy zatem możliwa jest w tym okresie ich współpraca z oddziałem „Stepa”? Moim zdaniem jest to również mało prawdopodobne. „Ząb” dociera do Aleksandówki 5 lipca 1943 r. i obejmuje dowództwo. 16 lipca 1943 r. miała miejsce akcja likwidacyjna Knüsslinga w rejonie Brzyskiej Woli (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 54). Samborski za Igrasem podaje datę 31 lipca, Garbacz w Wołyniak legenda prawdziwa napisał, że było to 1 sierpnia, natomiast Deresz w Niebo bez słońca potwierdza datę podaną przez Puchalskiego. Nie ma to większego znaczenia gdyż, w mojej opinii w tym okresie tak jak i poprzednio współpraca obu oddziałów jest mało prawdopodobna. Wydarzenia pod Borowem miały miejsce 9 sierpnia 1943 r. (oddział NSZ pod dowództwem „Zęba” rozbroił, a następnie rozstrzelał 25 członków oddziału Gwardii Ludowej „Słowika” oraz 3 chłopów przebywających w obozie GL-owców). „Około 10 sierpnia 1943 r. we wsi Dąbrowica k. Bielin [podkr. – Plumer] grasowała karna ekspedycja z Niska w sile około czterdziestu ludzi. „Ojciec Jan” wysyła przeciw nim partyzantów pod dowództwem „Kurczapały” – Ludwika Miazgi.” (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 56). Jakim cudem w takim razie istnieją podstawy „do postawienia tezy [hipotezy? – Plumer], że oddział „Ojca Jana” mógł brać udział w likwidacji 9 VIII 1943 r. oddziału GL „Słowika"? Gdzie Krym gdzie Rzym?

W przypisach Samborski przedstawia poszlaki wskazujące na udział oddziału „Ojca Jana” w wypadkach borowskich:

„Istniejące poszlaki, że w tych wypadkach brał udział oddz. „Ojca Jana" są m.in. następujące: uczestnik likwidacji oddziału Kazimierz Poray-Wybranowski, ps. Kret twierdził, że w akcji uczestniczyło ok. 70 ludzi (tylko w oddziale „Ojca Jana", w tym czasie, na tym terenie, było ok. 50 ludzi co razem z 20 „Stepa" dawało łącznie 70); posądzenie członka oddz. „Ojca Jana" udział w mordzie pod Borowem przez członków oddz. E. Gronczewskiego ps. Przepiórka (S. Puchalski, op. cii, s. 281); ostentacyjne podkreślanie, badaczy, że zwierzchnictwo nad oddz. „Ojca Jana" Zub-Zdanowicz przejął dopiero od 10 (15?) sierpnia 1943 r.” (str. 146, przypis 88).

„Najmocniejsza” wydaje się ostatnia poszlaka tj. „ostentacyjne podkreślanie, badaczy,(…)”. Kłania się spiskowa teoria dziejów, jeśli „badacze” ostentacyjnie coś podkreślają to na pewno kłamią albo mają coś do ukrycia. Tylko, że wyżej przedstawiona chronologia wydarzeń potwierdza te „podejrzane”, ostentacyjne twierdzenia badaczy. Drugi argument Samborskiego też ma charakter wybitnie poszlakowy. Posądzenie S. Puchalskiego  przez GL – owca E. Gronczewskiego ps. Przepiórka o udział w tzw. (zwłaszcza przez propagandę stalinowską), „mordzie pod Borowem”, ten pierwszy opisał tak: „Postawiono mi zarzut, że byłem pod Borowem, że brałem udział w mordzie gwardzistów. Zgodnie z prawdą zaprzeczyłem [podkr. – Plumer]. Wreszcie jeden najbardziej agresywny zapytał: „Co robiłem do wybuchu wojny?”. „Uczęszczałem do liceum w Stalowej Woli” – odparłem. I to się również nie podobało. Szczególnie niezadowolony był ten, który zadawał najwięcej pytań, (…). Powiedział, że też chciał się uczyć, ale go nie przyjęli.” (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 135). Są jakieś skojarzenia? Dobra czekistowsko – ubecka szkoła. I to ma być argument? Niestety pierwsza poszlaka też jest mocno wątpliwa. Jest mało prawdopodobne, że oddział „Stepa” w tym czasie liczył tylko 20 ludzi. M. Zaborski twierdzi, że „W okresie „lubelskim” dowódcami plutonów w oddziale byli m.in.: ppor./por. Kazimierz Poray-Wybranowski „Kret" (jednocześnie zastępca dowódcy), pchor./ppor. Jan Kazimierz Zaborski „Huba" i wachm. zaw./ppor. Stanisław Skowroński „Knoll". Przy oddziale „Stepa" działała szkoła podchorążych i podoficerów zorganizowana w formie oddziału leśnego, dowodzona przez por./kpt. Jana Mutza „Mnicha" i por. „Białego" (N.N.), licząca około 35 elewów.” (M. Zaborski, Okręg Lubelski NSZ, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 223 – 224). Z tego wynika, że samych elewów było 35. Trzech dowódców plutonów, w tym zastępca dowódcy oddziału, może świadczyć o tym, że sformowano co najmniej dwie pełne obsady plutonów. Przyjmując, że pluton to 3 – 4 drużyny po ok. 10 – 15 osób, wychodzi na to, iż 70 ludzi mogło stanowić skład oddziału „Stepa” nawet nie wliczając elewów szkół podchorążych i podoficerów.

„Na okres zimowy „Ząb" dokonał częściowej demobilizacji Legii, w tym i oddziału „Ojca Jana", dlatego Przysiężniak mógł już w połowie grudnia wyjechać do Kuryłówki/Leżajska w sprawie przygotowań do wesela. Wrócił do Graby w święta Bożego Narodzenia, na samą uroczystość.” (str. 148).

Skąd Samborski wziął informację, że Zub – Zdanowicz dokonał demobilizacji oddziału Przysiężniaka? Chodakiewicz napisał: „Następnie Zub-Zdanowicz rozpuścił pułk na okres zimowy. „Ojciec Jan" odszedł na południe, gdzie w listopadzie walczył z ekspedycja pacyfikacyjną żandarmerii pod wsią Kurzyna, (…).” (M.J. Chodakiewicz, Przypadek Leonarda Zub-Zdanowicza, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 249). Skoro odszedł na południe i walczył z ekspedycją pacyfikacyjną, to nie został zdemobilizowany?!
Wiarygodność informacji o planowanym w tym czasie weselu „Ojca Jana” i „Jagny” jest też mocno wątpliwa. Nie wspomina o tym Puchalski. W Grabie w tym czasie nie był obecny żaden z przełożonych Przysiężniaka, nie było też tak uroczystej oprawy, jak choćby w czasie imienin zorganizowanych 24 czerwca 1943 w Golcach, a chyba okazja była nie mniejsza. Puchalski napisał, że tragedia w Grabie była pokłosiem zdrady. Autorzy wspomnień, na podstawie których pisze się o planowanym weselu Przysiężniaka, wspominają, że na uroczystości miał być obecny Komendant okręgu, nie wymieniając jego nazwiska ani pseudonimu. Dlaczego w takim razie Niemcy nie poczekali na jego przyjazd, przecież mieli okazję unieszkodliwić „szychę” o wiele ważniejszą niż sam dowódca oddziału partyzanckiego.

„W ten sposób zginęło 14 mieszkańców wsi [Graba – Plumer], w tym sześcioro dzieci.(…) Nic dziwnego, że doszło do wzajemnych rozliczeń w oddziale. Największą winą obarczano Przysięźniaka, a za stan dyscypliny w oddziale także Męcińskiego. W rezultacie, z oddziału odeszli Męciński ze swoimi przybocznymi i Zadzierski z grupą 6 ludzi. Ten ostatni do Kuryłówki. Praktycznie oddziałem zaczął dowodzić Usow, formalnie jako zastępca Przysięźniaka.” (str. 149).

Ciekawe skąd Samborski ma powyższe informacje. Sprawdziłem co napisał na ten temat Puchalski. „Prawdą jest, że bojowym zachowaniem wyróżnili się: „Wołyniak”, (…). Nie mamy zastrzeżeń do zachowania się w boju oficerów „Konara”, „Dęba”, mniej do „Kordiana”. Natomiast „Władka” [Bogusław Męciński – Plumer] zostawił swoją żonę i zgodnie z tradycją uciekł z pola walki zabierając część chłopców dla swojego bezpieczeństwa. W wyniku takiej postawy oficera, zastępcy dowódcy, „Wołyniak” po akcji ostro skrytykował jego zachowanie wobec Komendanta Okręgu „Żmudy” [Kazimierz Mirecki – Plumer], wyraził swoje votum nieufności i odszedł z oddziału wraz ze swoimi zaufanymi kolegami. (…) Byłem świadkiem decyzji podjętej przez „Żmudę” [podkr. – Plumer], zwalniającej „Władkę” ze stanowiska zastępcy „Ojca Jana”, a powołującego na jego miejsce ppor. „Konara” [Bolesław Usow – Plumer], który praktycznie do rozwiązania oddziału w końcu lipca 1944 roku dowodził nim we wszystkich akcjach”. (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 96). Cóż komentarz chyba jest zbędny.

„Podczas wspomnianej pacyfikacji [Graby – Plumer] nie zadziałała współpraca wewnątrz Legii Nadwiślańskiej NSZ, bo stacjonująca w „Rybakówce" (położonej nad stawami między Momotami a Flisami, mieszkał w niej Andrzej Nalepa) część oddziału „Cichego" nie podjęła próby pomocy.” (str. 149)

Znów Samborski wykazuje się znawstwem z zakresu walk partyzanckich. Ciekawe skąd stacjonująca w „Rybakówce” część oddziału „Cichego” miała wiedzieć o pacyfikacji „Graby”? No może gdyby dowodził nimi ktoś o takiej „wiedzy” jak Samborski” byłoby to możliwe. Poza tym Autor pomija milczeniem relację Puchalskiego, którą warto we fragmentach tu przytoczyć. „Następnego dnia [po tragedii w Grabie – Plumer], w czasie zmiany miejsca postoju, przechodziliśmy koło rybakówki. Kwaterował w niej oddział NSZ „Cichego”. Część partyzantów tego oddziału wyszła do drogi, inni tylko na podwórze. Wśród tych ostatnich, koledzy zauważyli kaprala „Wysockiego” z naszego oddziału, który 17 grudnia tego roku, będąc dowódcą patrolu wysłanego w rejon Kurzyny, nie wrócił. Widziano go z karabinem wśród Niemców na samochodzie. Był poszukiwany.” (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 97). Z powyższego wynika, że poszukiwany, w związku z podejrzeniem o zdradę, były żołnierz „Ojca Jana”, dołączył do „Cichego”, co świadczy o braku bezpośredniej łączności pomiędzy obydwoma oddziałami. W związku z tym, trudno zrozumieć po co Autor wygłasza teorie na temat zagadnień, o których nie ma zielonego pojęcia.

„(…) 9 maja w okolicy wsi Momoty znalazł się m.in. ok. 200 osobowy oddział Mikołaja Kunickiego, ps. Mucha ze zgrupowania W. Czepigi. Naturalną koleją losu było wzajemne spotkanie się dowódców obu oddziałów - „Konara" i „Muchy" oraz nawiązanie współpracy. (str. 151).

Powyższy fragment przytaczam jedynie jako oryginalną ciekawostkę w postaci niekonsekwencji Autora publikacji. Na terenie działania oddziału „Ojca Jana”, wg Samborskiego podporządkowanego NSZ, w dniu 9 maja 1944 r., pojawia się partyzantka sowiecka, co „naturalną koleją losu” skutkuje spotkaniem dowódców i nawiązaniem współpracy. Czyżby sam Autor publikacji powątpiewał w prawdziwość tytułowej tezy? Nie zakładam, że Samborski przed napisaniem artykułu nie zapoznał się z założeniami ideowymi walki NSZ.

„Sam oddział „Konara" jak i sposób jego działania budził wielkie zdziwienie „Muchy". Pisał on, że: „»Ojciec Jan« miał 110 ludzi słabo uzbrojonych, toteż nie występował otwarcie do walki z okupantem. Nie dysponował zupełnie materiałami wybuchowymi [do dywersji - MS], grup dywersyjno-minerskich nie posiadał. (...) Jedną ze słabszych stron oddziału było to, że »Ojciec Jan« wydawał swoim partyzantom przepustki na urlop do domu. Czy jest dopuszczalne, żeby partyzant lub oficer partyzancki dostawał urlop? Wykluczone!" (str. 151).

Samborski powołując się na przytoczony wyżej fragment Pamiętnika Muchy zdaje się nie zauważać, że został on wydany w 1971 r. i musiał spełniać wymogi ówczesnej cenzury komunistycznej. Stwierdzenie, że oddział „Ojca Jana” „nie występował otwarcie do walki z okupantem”, było zgodne z oficjalna propagandą PZPR, zarzucającą AK (i nie tylko) taktykę działania z tzw. „bronią u nogi”, w przeciwieństwie do oddziałów komunistycznych. Ani słowem za to nie wspominano jakie koszty „otwartej walki z okupantem” (czytaj bez zachowania nadrzędnej zasady ochrony ludności cywilnej) ponosiło społeczeństwo. Zresztą Kunicki chyba jednak nie oceniał tak nisko, jak sugeruje Samborski, wartości bojowych oddziału „Ojca Jana”, skoro odważył się na wystąpienie w obronie zarówno Usowa jak i Przysiężniaka, przed UB – eckim „aparatem sprawiedliwości”, za co poniósł stosowną karę. Bardzo możliwe, że w wyniku tego wystąpienia Przysiężniak zachował życie. Usow natomiast uniknął w ogóle wyroku skazującego z tym, że w jego przypadku mogło pomóc także wstawiennictwo innych, wyżej postawionych dowódców partyzantki sowieckiej. Nie oznacza to jednak wcale, że UB o nim zapomniało. Bolesław Usow zginął w dniu 30 lipca 1954 r. w Kwidzynie, gdzie kierując motorem, zderzył się „przypadkowo” z „niezidentyfikowaną zieloną ciężarówką”, która niespodziewanie zajechała mu drogę. Na marginesie można dodać, że w zderzeniu z „zieloną ciężarówką” zginęli też inni byli partyzanci z oddziału m.in. koło Słupska - Bogumił Męciński ps. „Władka” i w Prudniku - Stanisław Pelczar ps. „Majka”.

„Jeszcze przed okrążeniem, wg wersji Puchalskiego, w oddziale odbyto naradę w sprawie dalszego postępowania, ale bez udziału Przysiężniaka, (…). Postanowiono, że każdy chętny może wrócić do domu, natomiast pozostający pod dowództwem „Konara", mieli przejść za Wisłę (…). Wydaje się jednak, że zapadłe decyzje były zgodne z założeniami „Konara" i dowództwa NSZ, bo on „przewidując" takie rozwiązanie sprowadził wcześniej do obozowiska swoją matkę i siostrę, aby mogły razem z oddziałem udać się na Zachód.” (str. 152).

Kolejne przypuszczenie Samborskiego, który w sposób nieprzyzwoity próbuje naginać fakty, w celu udowodnienia swojej tytułowej tezy. Wg Puchalskiego „Pod nieobecność „Ojca Jan”, (…) oddziałem dowodził zastępca ppor. „Konar”. Zwołał naradę. Decyzja: nim zostanie zamknięty pierścień okrążający lasy, przechodzimy za linię kolejową Rozwadów – Lublin, a następnie za Wisłę, na ziemię kielecką.” (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 168). Z tego wynika, że Usow prawidłowo ocenił sytuację i jako wytrawny dowódca próbował wyrwać oddział z grożącego okrążenia. Natomiast to co wydaje się Samborskiemu nie trzyma się kupy. Cała konstrukcja ostatniego zdania jest jakaś pokręcona i Autor nie wyjaśnia do końca o co mu chodzi. Rozumiem, że decyzja podjęta na naradzie była zgodna z założeniami Usowa. Pełnił on w końcu funkcję dowódcy oddziału i trudno przypuszczać, że podejmie decyzję niezgodną z własnymi założeniami, to byłby jakiś absurd! Co miał na myśli Autor publikacji pisząc o zgodności z założeniami dowództwa NSZ? Może chodziło o Brygadę Świętokrzyską? Tylko skąd było wtedy wiadomo, że ta jednostka NSZ uda się na zachód? Poza tym jeśli taki był zamiar „Konara” to dlaczego ostatecznie nie próbował dotrzeć do Brygady Świętokrzyskiej i  „po rozwiązaniu oddziału zamieszkał z rodziną w Hucie Plebańskiej”? (T. Chrzanowski Nadleśniczy Bolesław Usow ps. Konar (1913 – 1954), BIULETYN RDLP W TORUNIU 1(54)2010 str. 32). Ostatecznie w listopadzie 1945 r. został nadleśniczym w Kwidzynie.

„W trzeciej dekadzie tego miesiąca do Kurzyny dotarł Przysiężniak i prawdopodobnie przyniósł rozkaz Mireckiego z 22 VII 1944 r. o rozwiązaniu oddziału (…) i doszło do ponownej różnicy zdań z „Konarem" na tle przyszłości oddziału, który chciał dalej walczyć przeciwko nowej władzy. W rezultacie ok. 20 partyzantów z „Konarem" udało się w kierunku Huty Krzeszowskiej. Natomiast pozostali z „Ojcem Janem" poszli w okolice Kuryłówki i Brzyskiej Woli. Dowódcy oddziału wraz z Przysiężniakiem wzięli oni udział w naradzie z udziałem Mireckiego w domu Dolnych w Leżajsku pod koniec lipca (lub na początku sierpnia), o której wcześnie pisano.” (str. 153)

Wg Puchalskiego „W tym czasie [w połowie lipca 1944 – Plumer] dołączył do oddziału „Ojciec Jan”. W Kurzynie Wielkiej zapadła także wtedy decyzja rozdzielenia oddziału na dwie części. (…). Jedna grupa pod dowództwem „Konara” miała swoim działaniem objąć Lasy Janowskie, druga pod dowództwem „Ojca Jana” miała się udać w okolice Kuryłówki i Leżajska.” (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 210). Z powyższego wynikają dwie zasadnicze różnice w stosunku do tego co napisał Samborski. Pierwsza to taka, że rozdzielenie nastąpiło przed wydaniem przez Mireckiego  rozkazu o rozwiązaniu oddziału, druga to brak jakiejkolwiek wzmianki, iż doszło do ponownej różnicy zdań (kiedy była pierwsza?) pomiędzy „Konarem” i „Ojcem Janem” na tle przyszłości oddziału. Jeżeli Usow w przeciwieństwie do Przysiężniaka, zdaniem Samborskiego, chciał dalej walczyć przeciw nowej władzy to dlaczego już 2 sierpnia 1944 r. rozwiązał swoją część oddziału. A żeby było zabawniej sam Autor publikacji, w przypisie 118 na str. 153, dowodzi, że „Ojciec Jan” rozwiązał swoją część oddziału później niż „Konar”.  O czym to świadczy? Myślę, że sprawę może wyjaśnić pewna informacja dotycząca narady w Leżajsku, o której napisał również Samborski. „W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, Oddział w Rzeszowie zachowały się dokumenty zgromadzone w czasach PRL przez Wydział „C” Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Rzeszowie, a poświęcone historii Narodowej Organizacji Wojskowej (IPN-RZ-05/11-14).(…) Dowiadujemy się z nich (…) na przykład, że w końcu lipca 1944 r. uczestniczył on [B. Usow – Plumer] w spotkaniu dowódców NOW-AK w Leżajsku, kiedy to podjęto decyzję o kontynuowaniu dalszej walki z nowym sowieckim okupantem.” (T. Chrzanowski Nadleśniczy Bolesław Usow ps. Konar (1913 – 1954), BIULETYN RDLP W TORUNIU 1(54)2010 str. 32). Nie było żadnej różnicy zdań między Usowem i Przysiężniakiem, obie części oddziału rozwiązano zgodnie z rozkazem, zdecydowano też o kontynuacji walki jednak w innej formie niż dotychczas. Taką wersję potwierdza też w swojej książce Puchalski.

„Zgodnie z zasadą Zub-Zdanowicza oddział miał stałe bazy, z których wychodziły do akcji patrole. W związku z powyższym nie jest prawdą, że oddział „Ojca Jana" był „stale w drodze". W okresie istnienia oddział posiadał stałe bazy w rejonie wsi Golce, Szewce, Kurzyna i Sieraków. Korzystał on na Zasaniu z tzw. punktów sanitarnych, w których zaraz po zranieniu przebywali partyzanci. Mieściły się one w wsiach: Momoty Górne, Kiszki, Ujście, Huta Krzeszowska, Krzeszów.” (str. 153 – 154).

Po przeczytaniu powyższego wywodu po raz kolejny otworzyłem oczy ze zdumienia. Ciekawe czy Autor publikacji na pewno wie o czym pisze? Nie ma chyba sensu dłużej analizować tego fragmentu jednak wypada postawić dwa pytania:
1.    Jak Autor rozumie określenie, że oddział „Ojca Jana” był stale w drodze? (Nawet karawana na pustyni korzysta z oaz)
2.    Skąd Autor zaczerpnął informację, że posiadanie przez oddział stałych baz, z których wychodziły do akcji patrole, to zasada Zub – Zdanowicza? (Przecież to jakaś paranoja!)

"W oddziale nie prowadzono jakiejś szczególnej pracy wychowawczej czy politycznej. Dopiero po Świętach Wielkanocnych w 1944 r. wydano kilka numerów gazetki obozowej, którą nazwano „Walka Leśna". (str. 154)

Znów nasuwa się pytanie co Samborski rozumie przez pracę wychowawczą czy polityczną. Jeśli pranie mózgu, jakie urządzali politrucy w oddziałach komunistycznych, to rzeczywiście ma rację. No to kilka przykładów. „Przygotowywaliśmy program artystyczny. Zbliżał się dzień 11 listopada Święto Niepodległości. (…). 11 listopada 1943 r. od samego rana przybywali goście z terenu. (…). Około godz. 10 na przygotowanym ołtarzu odprawiona została  msza polowa z okolicznościowym kazaniem. Patriotyczne mowy, a po nich przysięga partyzancka. Po niej defilada ze sztandarem 5 pp, (…).”(S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 75). Podobne uroczystości 3 maja 1944 r. Czy to nie jest działalność wychowawcza i polityczna? Poza tym Puchalski napisał: „Nasz propagandzista [podkr. – Plumer] „Pobóg” Mieczysław Przedpełski wygłosił płomienne przemówienie nawiązując do rocznicy Konstytucji 3 Maja.” (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 160). Skoro był propagandzista to chyba miał jakieś zadania polityczno – wychowawcze. Na dodatek codzienne, wspólne odmawianie modlitwy też do takiej działalności można zaliczyć.

Wystarczy jak na trzecie wejście. Niestety to jeszcze nie koniec

Ostatnio edytowany przez Plumer (2012-05-14 13:04:19)

Offline

 

#14 2012-06-03 12:45:56

Plumer

Użytkownik

Zarejestrowany: 2011-07-07
Posty: 98
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

W wielu miejscach swojej publikacji M. Samborski bazując na różnych publikacjach i dokumentach, stawia własne tezy, które w mojej opinii świadczą często albo o pobieżnym zapoznaniu się z cytowaną literaturą albo o braku znajomości poruszanych zagadnień.

W swoim piśmie (do dowództwa Okręgu z 6 XII 1943 r.) Łaski (komendant NOW powiatu Łańcut) meldował, że: „(...) całość pow[iatu] NOW formuje się [w] batalion, którego] d-cą został mianowany »Orzeł« tj. Krawiec Kazimierz, za okupacji zam. w Jelnej (...)". To pociągnęło za sobą zmianę placówek na kompanie, a drużyn w plutony.(str. 137)

Przyznam szczerze, że wniosek wyciągnięty przez Autora w ostatnim zdaniu powyższego cytatu jest dla mnie nieco zaskakujący. Jak dla mnie pojęcia obwód, powiat czy placówka są nazwami z zakresu organizacji terytorialnej (najczęściej dawne województwo, powiat, miasto lub gmina), natomiast drużyna, pluton, kompania czy batalion to pojęcia z zakresu organizacji wojskowej. A jeśli tak to pluton składa się najczęściej z 3 – 4 drużyn a placówki mogły co najwyżej formować kompanie a nie przekształcać się w nie. Mam wrażenie, że Autor nie do końca zna strukturę jednostek wojskowych, gdyż na tej samej stronie napisał:

Kompania „Sępy", wg Larendowicza, miała następujący skład: pluton leżajski - dowódca Stanisław Dec; pluton z Jelnej - dowódca Marcin Danys, ps. Lis; pluton z Sokołowa Młp. - dowódca Stanisław Harasymczuk. W plutonie leżajskim były 4 drużyny liczące razem ok. 60-70 ludzi. Dowodzili nimi: I drużyna leżajska - Emil Ner, ps. Narcyz (obejmująca m.in. Podklasztor, Chałupki i Maleniska); II drużyna leżajska - Bronisław Duda, ps. Góra (m.in. Przychojec, Stare Miasto); III drużyna giedlarowska - Kuczek, IV drużyna z terenu sokołowskiego - Kucek. W wersji Larendowicza występuje wyraźna sprzeczność: do kompanii sokołowskiej nie należała drużyna sokołowska, tylko do leżajskiej.[podkreślenie – Plumer](str. 137)

Jeżeli dobrze rozumiem przytoczoną przez Samborskiego wersję Z. Larendowicza, kompania „Sepy” składała się z 3 plutonów sformowanych w Leżajsku, Jelnej i Sokołowie, natomiast pluton leżajski składał się z 4 drużyn z czego jedna pochodziła z terenu sokołowskiego. Może to oznaczać, że pluton sokołowski składał się np. z 4 drużyn a piąta sformowana w tamtym terenie mogła wejść w skład plutonu leżajskiego. Wydaje się to prawdopodobne gdyż „Po aresztowaniu Adama Mireckiego [w listopadzie 1940 – Plumer] (…) istniejące jeszcze na terenie powiatu kolbuszowskiego struktury NOW w Sokołowie Małopolskim zostały podporządkowane komendzie powiatowej w Leżajsku. W strukturze powiatu łańcuckiego tworzyły one obwód sokołowski (kryptonim „Sabina”) (…). W 1942 r. obwód sokołowski liczył około 70 żołnierzy. [podkr. – Plumer] (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie, IPN Rzeszów 2003, str. 84 – 85). Z powyższego wynika, że Sokołów Małopolski pomimo, iż w strukturze organizacyjnej był obwodem, nie mógł sformować kompanii sokołowskiej ze względu na liczebność żołnierzy NOW i dlatego, w mojej opinii, w wersji Larendowicza nie ma żadnej sprzeczności.

Wcześniej na str. 132 w przypisie 13 Autor napisał:

„K. Kaczmarski używa zamiennie określenia „obwód" i „placówka". Wydaje się jednoznacznie, że „obwodem" nazywano struktury na terenie przedwojennego powiatu, zaś „placówką" była jednostka bezpośrednio podlegająca „obwodowi". Jednak dla podkreślenia, że w danej miejscowości była tworzona kompania używano nazwę „obwód", zaś tam gdzie tworzono pluton - „placówka". [podkr. – Plumer]”

Skąd Samborski czerpie takie informacje?! Kaczmarski w swojej pracy napisał: „Komendzie Głównej NOW podlegało 16 komend okręgowych, obejmujących swoją działalnością terytorium całej okupowanej Polski. W skład okręgu wchodziło kilka lub kilkanaście powiatów. W niektórych okręgach (np. Krakowskim), utworzono podokręgi, łącząc w nie kilka powiatów. Każdy powiat podzielony był na obwody, oparte na gminie wiejskiej lub miejskiej. W przypadku gminy wiejskiej obejmowały one kilka, a niekiedy i kilkanaście wsi. Najmniejszą jednostką organizacyjną w strukturze NOW była - na szczeblu wsi - placówka.” (K. Kaczmarski, Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie, str. 61). W przypisie nr 7 na tej samej stronie dodaje: „Zgodnie z modelem organizacyjnym NOW ukształtował się pięcioszczcblowy układ terytorialny: okręg - podokręg - powiat - obwód - placówka. Jego najniższą jednostką była sekcja (1+5). Podstawą układu terytorialnego była sieć pododdziałów liniowych (drużyny, plutony, kompanie, bataliony). Zgodnie z Instrukcją ogólną NOW z 12 VIII1943 r., na szczeblu placówki powinien być zorganizowany pluton, składający się z trzech drużyn, zaś na każdy obwód miała przypadać jedna kompania w sile trzech plutonów. [podkr. – Plumer]. (…). Przedstawiając strukturą terenową NOW w Okręgu Rzeszowskim, autor starał się stosować powyższy schemat, mimo że w większości materiałów, jakimi dysponował - przede wszystkim w aktach procesowych żołnierzy podziemia narodowego - praktycznie nie występuje szczebel obwodu. Tak więc, gdy mowa jest w nich o placówce, z reguły (choć nic zawsze) chodzi o obwód. Nie jest zresztą wykluczone, że w powiatach, w których udało się zorganizować tylko kilka placówek, struktury na szczeblu obwodu nie były tworzone.” Tak więc Kaczmarski wcale nie używa zamiennie określeń „obwód” i „placówka”, a jedynie zwraca uwagę na to co napisano w większości materiałów pochodzących z akt procesowych (czyli UB), które nie stanowią miarodajnych materiałów w tym zakresie. Na szczeblu obwodu formowano kompanię a na szczeblu placówki pluton, czyli dokładnie odwrotnie niż opisał to Samborski. Dla porównania struktury AK wyglądały następująco: okręg – obejmował teren dawnego województwa (mógł się nieco różnić obszarowo ze względu na dwie strefy okupacyjne: niemiecką i sowiecką; mógł też mieć wydzielone podokręgi i takim właśnie podokręgiem był Rzeszów), obwód – to obszar dawnego powiatu (kilka powiatów stanowiło inspektorat), placówka – to obszar dawnej gminy miejskiej lub wiejskiej. W ogólnym zarysie, organizacyjnie placówka AK odpowiadała obwodowi NOW. Możliwe też, że właśnie z tego powodu w materiałach procesowych żołnierzy podziemia narodowego, nakładają się te dwie struktury, połączone w wyniku akcji scaleniowej.

Na stronie 137 Autor, wywody na temat kompanii  „Lwy” na Zasaniu konkluduje następującym zdaniem:

Przed przybyciem Sowietów kompania „rozpłynęła się" i każdy zajął się swoimi prywatnymi sprawami. (…).  Jednak większość, wśród nich K. Krawiec przeszła do BCh.(str. 137).

Ciekawe skąd Autor zaczerpnął taką informację. Wydaje się, że z raportu W. Jagusztyna. Nawet jeżeli rzeczywiście K. Krawiec przeszedł do BCh to na poparcie dość zaskakującej tezy, iż większość członków podziemia narodowego na Zasaniu przeszła do „konkurencji” ludowej wypadałoby przywołać konkretne dowody w postaci dokumentów, nazwisk itp.

Najbardziej wypełnioną w fakty jest podana przez Puchalskiego, relacja Józefa Igrasa, ps. Jurand [relacja dotycząca utworzenia oddziału Przysiężniaka – Plumer]. Według niego, już wiosną 1942 r. w Hucie Krzeszowskiej powstała konspiracyjna grupa, której sam przewodził. Szukając kontaktu z większą organizacją, dzięki znajomościom dotarł w maju/czerwcu tegoż roku do Lublina i spotkał się z Adamem Mireckim, ps. Adaś - (wówczas komendantem Okręgu Lubelskiego NOW).(str. 139)

i w przypisie na tej samej stronie

Wg D. Garbacza (Wołyniak, legenda prawdziwa, Stalowa Wola 2008, s. 12) było odwrotnie -A. Mirecki rozkazał Przysiężniakowi poprzez T. Rzepeckiego ps. Czarny - dowódcę NOW w pow. biłgorajskim, zorganizować oddział. „Czarny" wskazał kolejnego pomocnika w osobie „Juranda". Wersja ta ma następujące słabe punkty: jeżeli Adam Mirecki znał Przysiężniaka to nie musiał mu wydawać polecenia przez pośrednika; tak samo Rzepecki powinien sam pomóc Przysiężnakowi, bo był organizatorem NOW w powiecie a nie zlecać to kolejnej osobie - Igrasowi. S. Puchalski, Partyzanci,, Ojca Jana", Stalowa Wola 1996, s. 134.

Pomimo wielu niedoskonałości pracy D. Garbacza, jednak to jego wersja jest bardziej prawdopodobna, a ta którą przyjął M. Samborski ma słabe strony. Autor ciągle zdaje się nie pamiętać, że była to konspiracja i obowiązywały pewne zasady, których przestrzegano w każdej organizacji podziemnej m.in. ze względów bezpieczeństwa. W związku z tym mało prawdopodobne jest by Igras (czy Przysiężniak, nawet jeżeli znał A. Mireckiego osobiście) dzięki znajomościom, w owym czasie mógł dotrzeć bezpośrednio do dowódcy okręgu. Było to po prostu zabronione. Można było kontaktować się tylko z przełożonym o jeden szczebel wyżej. Zgodnie z zasadami konspiracji powinno to się odbyć tak jak podał Garbacz, z zachowaniem drogi służbowej tj. Adam Mirecki – d-ca okręgu Lublin, wydał rozkaz ale nie przekazał go osobiście, bezpośrednio Przysiężniakowi, tylko Rzepeckiemu, który był d-cą obwodu Biłgoraj, a ten zapewnił jego realizację, stosując także powyższe reguły. Zresztą NOW była organizacją wojskową i jak w każdej armii, obowiązywała zasada drogi służbowej.

M. Samborski w wielu fragmentach swojej pracy zdaje się dyskredytować, czy wręcz lekceważyć działalność konspiracyjną organizacji niepodległościowych, i to nie tylko tych o rodowodzie endeckim. Wyjątkiem są organizacje lewicowe oraz BCh, których dokumenty i świadectwa służą Autorowi jako dowody przynależności oddziału Przysiężniaka do NSZ lub przedstawiania go w negatywnym świetle.

Oto kilka przykładów. Już na wstępie artykułu M. Samborski napisał:

Pomimo znacznej liczby osób zaangażowanych w działalność leżajskiego ruchu oporu nie zanotowano zbyt wielu akcji zbrojnych.(str. 130)

Po pierwsze nie wiadomo czy powyższe zdanie odnosi się tylko do organizacji o rodowodzie narodowym czy też dotyczy wszystkich organizacji podziemnych. Po drugie ma wydźwięk pejoratywny, gdyż sugeruje, że ilość akcji zbrojnych jest wyznacznikiem oceny podziemia niepodległościowego a przecież działalność ta polegała także (a może przede wszystkim) na organizacji wywiadu, legalizacji, edukacji, propagandzie, informacji, itp. itd. Pewnie Samborski uważa, że im więcej akcji zbrojnych tym wyższa ocena organizacji podziemnej. Świadczy o tym choćby poniższy cytat:

Jeżeli natomiast chodzi o działalność zbrojną przeciwko okupantowi w całym powiecie łańcuckim, to ten silny kadrowo obwód NOW przeprowadził tylko jedną (ewentualnie drugą w rejonie Sokołowa Młp.), akcję, w styczniu 1942 r.; w za¬sadzie był to napad, polegający na wyniesieniu kilku, w sumie bezużytecznych karabinów (z pomieszczenia zajmowanego przez K. Argemüssena) z domu Urbańskich (w większości zajmowanego przez Niemców z nakazu Urzędu Miejskiego) przy ul. Wałowej. W czasie tego zdarzenia postrzelono (strzelającym był późniejszy członek oddziału „Ojca Jana" S. Pyćko, ps. Tata z Kuryłówki) właściciela domu Władysława Urbańskiego, powodując u niego trwałe kalectwo (str. 137
-138)

Akcje zbrojne czy to formacji dywersyjnych czy oddziałów partyzanckich, choć były bardziej „widowiskowe” (dziś powiedzielibyśmy medialne), nie były głównym rodzajem działalności podziemia niepodległościowego, gdyż wiązały się z ryzykiem represji okupanta skierowanych przeciw ludności cywilnej a jej ochrona była nadrzędnym celem każdej organizacji niepodległościowej. Wyjątek stanowiły oddziały związane z PPR (GL, AL) i partyzantka sowiecka, dla których los ludności cywilnej był zupełnie obojętny, jednak to była obca agentura a nie podziemie niepodległościowe.

Prawdziwy obraz początku konspiracji na Lubelszczyźnie i nie tylko,[podkr. – Plumer] przekazał nam sam Mirecki. Pisał on, że w 1942 r. nastąpił wzmożony terror okupanta: „(...) a drugie może nawet ważniejsze zagadnienie, to ta [tak w oryginale - MS], że powstawały bandy, które pod hasłem tzw. „Akcji" [bez wątpienia - Akcji Specjalnej NSZ - MS] gwałciły i rabowała [tak w oryginale - MS] m.in. polską ludność. To nie byli tzw. „Koguciarze" - ale były to duże watahy trudniące się rabunkiem (...)". W tym kontekście napisał dalej w tym liście, że na spotkaniu w maju 1943 r.: „Jana [tj. Przysiężnaka - MS] osobiście nie posądzałem o to, że był szpiclem - łączyłem raczej jako tego z bandy tzw. „Akcji".(str. 140)

Nie znam treści listu Mireckiego poza wyrwanym z kontekstu cytatem przytoczonym powyżej. Nie ma to zresztą większego znaczenia. Natomiast intencje Samborskiego wydają się aż nadto jasne. Wg Autora publikacji „prawdziwy” obraz początku konspiracji na Lubelszczyźnie (i nie tylko!)
wyglądał tak: najpierw powstały bandy rabunkowe żerujące na miejscowej ludności a z nich w dalszym okresie powstały oddziały partyzanckie. I taka sama, wg Autora publikacji, jest geneza oddziału „Ojca Jana”. I to jest dopiero „rewolucyjna” teza Samborskiego a nie to czy oddział Przysiężniaka należał do NOW, NSZ czy też AK. Jakie to ma znaczenie skoro składał się z „bandytów”. Stąd bardzo blisko już do retoryki komunistów w czasach stalinowskich. Dla nich każdy członek organizacji niepodległościowej był po prostu „bandytą”. Samborski pisząc powyższe słowa nie określił czy ma na myśli wszystkie oddziały partyzanckie bez względu na ich przynależność czy tylko niektóre. Poza tym rok 1942 nie był początkiem konspiracji na Lubelszczyźnie (i nie tylko). Chyba, że Autor ma na myśli „partyzantkę” komunistyczną związaną z PPR to wszystko się zgadza, zarówno rodowód większości oddziałów jak ramy czasowe.

Ps. 1.
Przy okazji tego cytatu chciałbym poruszyć jeszcze jedną sprawę. Przytaczane tu kilkakrotnie wspomnienia Kazimierza Mireckiego zatytułowane Narodowa Organizacja Wojskowa w Centralnym Okręgu Przemysłowym to wyjątkowo tendencyjne i megalomańskie opracowanie. Jest tam jednak na końcu króciutki rozdział poświęcony Franciszkowi Przysiężniakowi, napisany w tonie pełnym przyjaźni i szacunku. Zgodnie z tym co napisałem wyżej, nie znam treści listu ani intencji Mireckiego, które skłoniły go do jego napisania, jednak jeżeli po latach (list pochodzi rzekomo z 1987 r.) rzeczywiście wyznał, iż początkowo łączył osobę „Ojca Jana” z bandami rabunkowymi, to tak naprawdę sam sobie wystawia „piękną” laurkę. W końcu Kazimierz Mirecki był dowódcą okręgu i jako taki nie powinien przygarniać pod swoje skrzydła grup o rodowodzie bandyckim! W przeciwnym wypadku oznaczałoby to, że jego działalność niczym nie różniła się od postępowania GL – AL. W mojej opinii, zamieszczone w pracy Samborskiego, cytaty z listu Mireckiego mówią więcej o nim samym, niż o opisywanych osobach i zdarzeniach.

Ps. 2.
Mirecki w cytowanym wyżej liście napisał, że w 1942 roku, powstawały bandy, które pod hasłem tzw. „Akcji”, gwałciły i rabowały. Samborski dodał swój komentarz: „bez wątpienia – Akcji Specjalnej NSZ”. Cytat jest wyrwany z kontekstu, ale można domniemywać, że bandy te, obok wzmożonego terroru okupanta, stanowiły poważny problem na Lubelszczyźnie na przestrzeni roku 1942. Wg M.J. Chodakiewicza: „(…) do rtm. Zub-Zdanowicza w maju 1943 r. [podkr. – Plumer] zgłosił się jego dawny kolega za studiów i ze sztabu 29. Dywizji Piechoty z kampanii wrześniowej, major dypl. Stanisław Żochowski („Bohdan", „Strzała"). Żochowski zaproponował Zub-Zdanowiczowi tworzenie oddziałów Akcji Specjalnej NSZ na Lubelszczyźnie. [podkr. – Plumer]” (M.J. Chodakiewicz, Przypadek Leonarda Zub-Zdanowicza, Narodowe Siły Zbrojne. Biblioteka Szczerbca, Warszawa 1994 r. str. 246). W takim razie jakim cudem bandy rabunkowe na Lubelszczyźnie mogły podszywać się pod Akcję Specjalną NSZ w roku 1942? Samborski nie ma wątpliwości, ja mam.

„Na koniec warto podkreślić, że wg Mireckiego dowództwo oddziału korzystało z przekazywanych mu pieniędzy m.in. na żołd. Wobec, wręcz tragicznej sytuacji materialnej i braków w uzbrojeniu oddziału nie wiadomo co się z nimi stało. Sam Mirecki pisał, że: „Komenda Główna NOW przekazała przez Marię Mirecką »Martę« 40 tys. zł., które wręczyła Konarowi. Przywiozła lekarstwa i bardzo wartościowe narzędzia chirurgiczne. Co się z tym stało nie wiem. Konar nigdy się z tego nie rozliczył".”(str. 154).

Samborski po raz kolejny przywołuje listy Mireckiego z 1987 r. i choć sam uważa je za „nie do końca wiarygodne”, używa ich często w celu dyskredytowania zarówno Przysiężniaka jak i w tym przypadku Usowa. W mojej opinii Kazimierz Mirecki był, delikatnie mówiąc, kontrowersyjną i dwulicową postacią. I wcale nie chodzi mi o to, że zachęcał swoich podwładnych do podjęcia walki z bolszewizmem w strukturach NZW a sam wykorzystał pierwszą okazję i czmychnął na Zachód. Takie były czasy, ratował własne życie. Natomiast to co wypisuje w swoich listach po latach, o swoich podwładnych z czasów okupacji niemieckiej to szczyt hipokryzji. Nie znam oczywiście całej treści jego listów z 1987 r., ale fragmenty przytaczane przez Samborskiego wiele mówią o tym człowieku. To co Samborski tak bardzo chce podkreślić to poważny zarzut. Za defraudację funduszy organizacji podziemnej groziła kara śmierci. Dlaczego Mirecki nie rozliczył swojego podwładnego z powierzonych mu pieniędzy? Pomijam już fakt czy w 1944 roku gotówkę mogła przekazać Komanda Gówna NOW. Rozumiem też, że Maria Mirecka  mogła przywieźć lekarstwa, które niewątpliwie były bardzo pożądane w oddziale partyzanckim, jednakże w jakim celu miała przekazać bardzo wartościowe narzędzia chirurgiczne? Czyżby oddział miał w swoich szeregach wykwalifikowanego lekarza chirurga, który mógłby w warunkach polowych przeprowadzać operacje? Na dodatek zarzut kierowany jest w stosunku do Usowa, który we wszystkich relacjach przedstawiany jest jako człowiek na wskroś uczciwy i wyjątkowo prawy. Za puentę niech posłuży fragment wspomnień Wojciecha Szczepańskiego – komendanta jarosławskiego Obwodu AK. „W styczniu 1945 r., po rozwiązaniu AK, Mirecki „Kazimierz”, jako komendant okręgu NOW, działając zgodnie z wytycznymi swojego Stronnictwa, zaczął organizowanie Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (…). Działalność nowo utworzonej organizacji nie budziła sympatii nawet u byłych żołnierzy „Ojca Jana”. Niektórzy z dowódców NSZ usiłowali przeprowadzać werbunek w byłych placówkach AK, czemu się przeciwstawiłem. Takim stanowiskiem naraziłem się „Kazimierzowi”, który zaplanował zamach na mnie. Wykonawcy nie odważyli się na taką zbrodnię i dostarczyli mi wydany wyrok. [podkr. – Plumer]. Nastąpiło [moje] spotkanie z „Kazimierzem” (Mireckim) i jego sztabem w klasztorze oo. Dominikanów w Jarosławiu. Wręczając mu pisemny wyrok [na mnie], rzuciłem pytanie: „Co to ma znaczyć?”. Zaprzeczył, powiedział, że nic nie wie o tej sprawie. A kiedy przedstawiłem mu jeszcze inne dowody – „Kazimierz” odkrył karty.” (W. Szczepański, Wspomnienia lipiec 1944 – grudzień 1957, wyd. IPN O/Rzeszów 2008, str. 93 – 94). Na dalszych stronach można przeczytać jak to Mirecki najpierw próbował przekonać Szczepańskiego, że to rzekomo gen. Bór – Komorowski idąc do niewoli przekazał prowadzenie walki z Sowietami organizacji NSZ. Gdy nie odniosło to skutku Mirecki posunął się do próby przekupstwa. Zaproponował Szczepańskiemu awans do stopnia majora, pół miliona złotych i wyjazd na półroczny odpoczynek. Komentarz  jest chyba zbyteczny.

„Nie było też żadnej współpracy z „macierzystym" obwodem AK. Jej brak zaważył na losach oddziałów Emila Pudło, ps. Łukasz i „Prokop" pod dowództwem Ernesta Wodeckiego, ps. Szpak stworzonych w obwodzie. Otóż, naprędce sformowany w pow. łańcuckim oddział „Łukasza" miał przedostać się łódkami ok. 20 IV 1944 r. na prawy brzeg Sanu koło Krzeszowa, w celu rozpoznania miejsca na budowę obozowiska dla projektowanego odtworzeniowego oddziału AK. Dlatego spodziewano się pomocy oddziału „Ojca Jana" przy przeprawie przez rzekę. Nie otrzymano jej jednak, a próbujący wyjaśnić tę sprawę J. Pelc-Piastowski stwierdził, że: „Po wojnie, pytany przeze mnie „Ojciec Jan" zaprzeczył, żeby taką akcje z nim uzgadniano".” (str. 158)

I dalej w przypisie nr 136 na tej samej stronie Samborski napisał:

Zadanie nawiązania kontaktu z Przysiężniakiem dostał por. Józef Puchała ps. Lis, który miał kontakt z „Wołyniakiem", a tenże z „Ojcem Janem" (J. Pelc - Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s. 57,132) (str. 158, przypis 136)

Pierwsza refleksja jaka się nasuwa, jak oddział „Ojca Jana” mógł nawiązać współpracę skoro przebywał wtedy w Lasach Janowskich o czym pisał W. Szczepański (Wspomnienia lipiec 1944 – grudzień 1957, wyd. IPN O/Rzeszów 2008 str. 66). Druga to taka czy znów mamy do czynienia z ewidentna manipulacją, czy Autor nie „doczytał” do końca relacji Pelca – Piastowskiego. „Wcześnie zorganizowany został oddział (OP 39pp) por. Józefa Puchały ps. „Lis” (…). Liczył on około 35 ludzi, dobrze uzbrojonych, (…). Celem tego oddziału było przede wszystkim bojowe rozpoznanie terenu na prawym brzegu rzeki San (…) oraz przygotowanie miejsca na obozowisko w lasach nad Sanem dla ułatwienia koncentracji dalszych oddziałów pułku, jak również ewentualne przygotowanie przeprawy przez rzekę dla nowoutworzonego oddziału por. Emila Pudło ps. "Łukasz” [podkr. – Plumer]. Żeby ułatwić wykonanie tych trudnych zadań por. „Lis” miał nawiązać współpracę z dowództwem 9 pp AK im. Ziemi Zamojskiej (…), jak również ułożyć warunki współdziałania ze zgrupowaniem „Ojca Jana” Franciszka Przysiężniaka. Pierwszą część zadania (…) Oddział „Lisa” wykonał dobrze, natomiast nie udało się zrealizować drugiej części zadania. (…) nie ustalono dlaczego por. Puchała (…) nie przygotował przepraw dla Oddziału por. Pudły i nie zjawił się we wcześniej ustalonym miejscu i czasie.” (J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s. 110). Czy z tego wynika, że właściwym zadaniem oddziału Puchały było nawiązanie kontaktu z Przysiężniakiem? Wprawdzie Pelc – Piastowski napisał o próbie sforsowania Sanu pomiędzy Koziarnią a Sarzyną przez oddział „Łukasza”, że „Miała tam oczekiwać grupa łącznikowa z Oddziału „Ojca Jana” (…), lub podobna jednostka z jednego z oddziałów 9 pp AK im Ziemi Zamojskiej [podkr. – Plumer], (…).” (J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s. 57). Jednak w przypisie nr 16 na str. 91 podaje, że „Brak łączności i bieżącego rozpoznania nieprzyjaciela to były zmory (…) dywersji i partyzantki”. Czy to jest równoznaczne z tym co napisał Samborski?

Ps.
Praktycznie już po napisaniu tego tekstu dotarła do mnie książka p.t. „Nasza jest noc” autorstwa Jerzego Pelca – Piastowskiego. W rozdziale XII zatytułowanym „Poczet bojowy (fragmenty wspomnień)” znalazłem takie oto informacje: „Dnia 20 czerwca [1944 – Plumer] rozbito biwak wokół dużej polany w pobliżu Jelnej. (…) W ciągu dnia pojawił się nowy oficer spoza Pułku, był nim por. Franciszek Przysiężniak ps „Ojciec Jan”. Wielkie obławy niemieckie na Lasy Janowskie uniemożliwiły „Ojcu Janowi”, bo wcześniej był wezwany na rozmowy do Komendy Okręgu AK Kraków, w związku ze zbliżającą się akcją „Burza”, skontaktowanie się z własnym Oddziałem znajdującym się w okrążeniu i prowadzącym ciężkie walki. (…) [22 czerwca – Plumer] Wraca dwuosobowy patrol wraz z przewodnikiem, wysłany na prośbę „Ojca Jana”. Patrol dotarł w rejon miejscowości Harasiuki, gdzie uzyskał informacje, iż Oddział „Ojca Jana” miał spore straty, ale wyszedł z okrążenia i „odpoczywa” w niewiadomym miejscu na bagnach.” [podkr. – Plumer] (J. Pelc – Piastowski, Nasza jest noc, Katowice 2010, str. 177 – 178). Informacje powyższe korespondują ze relacją Józefa Barana ps. „Lucjan”, inny jest tylko powód wezwania na rozmowy i szczebel organizacyjny rozmów. Ale to nie ma znaczenia, gdyż oficjalnie mogła być podana taka wersja jaką przytoczył Pelc – Piastowski.

„Także nowopowstałe zgrupowanie (oddział) „Prokop" będąc w końcu czerwca 1944 r. na Zasaniu nie doczekało pomocy (której oczekiwał Szczepański) wspomnianego oddziału. Doszło nawet do tego, że przed walką z Kałmukami pod Szyszkowem -Kulnem 28/29 czerwca, będący w lesie „Górka" oddział „Wołyniaka", nie udzielił pomocy opuszczając obozowisko leśne i przechodząc do m. Siedlanka (obecnie część Leżajska) leżącej po przeciwnej stronie Sanu” (str. 158)

Dlaczego zgrupowanie Ernesta Wodeckiego nie doczekało się pomocy ze strony oddziału „Ojca Jana” napisano wyżej. Skąd jednak Samborski ma informację, że oddział „Wołyniaka” nie udzielił pomocy zgrupowaniu „Szpaka” i przed walką opuścił obozowisko leśne? Można wiele zarzucić „Wołyniakowi”, ale nie tchórzostwo. Jego oddział przeprawił się na lewy brzeg Sanu ale na rozkaz Wodeckiego i po nocnej bitwie pod Szyszkowem i Kulnem. „”Wołyniak” i jego oddział wcielony został na krótko do zgrupowania 39 pp AK, co potwierdzam jako bezpośredni świadek, albowiem służyliśmy razem kadrowym batalionie o kryptonimie „Włodzimierz”, dowodzonym przez ppor./por. Jana Wielgosza ps. Ryś.” (J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s.131).

Wydaje się, że bardziej doświadczone w konspiracji oddziały „Ojca Jana" i „Wołyniaka" mogłyby zapobiec starciu z Kałmukami i tym samym śmierci 7 żołnierzy, w tym „Szpaka". Z powyższego można wysnuć wniosek, że przebywający w tym terenie (Kuryłówka, Leżajsk) Przysiężniak nie był w żaden sposób związany z AK  Gdyby on i Mirecki - przecież nominalny z-ca komendanta Podokręgu AK - włączyli się do tej fazy odtwarzania oddziałów AK mogło nie dojść do powyższej tragedii..(str. 158)

Pierwsze pytanie jakie się nasuwa co Samborski ma na myśli pisząc o oddziałach „Ojca Jana” i „Wołyniaka” jako bardziej doświadczonych w konspiracji? Według opinii podwładnych „Ernest Wodecki (…) był najlepszym z oficerów, którzy mieli przydziały do Obwodu AK Łańcut; także najsprawniejszym komendantem Obwodu; (…) oficer zawodowy, dobry organizator i dobry dowódca liniowy, dbający o ludzi, odważny a równocześnie opanowany.” [podkr. – Plumer]. (J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006,s. 150). Ciekawe na jakiej podstawie Samborski formułuje swoją tezę? Drugie pytanie chyba ważniejsze w jaki sposób wspomniane dwa oddziały mogłyby zapobiec starciu z Kałmukami i śmierci „Szpaka” wraz z 7 żołnierzami. Przecież to są fantazje człowieka, który zdaje się zapominać, że oddziały te łącznie mogły w owym czasie liczyć 100 – 120 ludzi. Ciekawe czy Autor tej nowatorskiej „teorii” z dziedziny wojskowości wie jak liczny był Kałmucki Korpus dra Dolla. Kałmucy pojawili się na Kalówce niespodziewanie i prawdopodobnie nie przybyli tam w związku z obecnością partyzantów. Ponadto Kalówka to nie Termopile i nawet 300 Spartan mogło tam, w starciu z Kałmukami, chwalebnie polec w ciągu kilku godzin. Z powyższego nie można też wyciągać wniosku, że przebywający na tym terenie Przysiążniak nie był związany z AK, gdyż jego oddział był wtedy ciągle w Lasach Janowskich. Ostatnią rzeczą, która mnie niezmiernie nurtuje jest to w jakiż to sposób Przysiężniak i Mirecki mieliby zapobiec tej tragedii. Pozostanie to chyba słodką tajemnicą Autora tych sensacyjnych teorii.

Ponadto Samborski w przypisie 139 na str. 158 napisał, że „zgrupowanie o kryptonimie OP-39 „Pro¬kop" pod dowództwem b. komendanta obwodu łańcuckiego AK, Ernesta Wodeckiego ps. Szpakostatecznie dotarło do lasu „Górki" między Kuryłówką a Brzyską Wolą. Po drobnych potyczkach znalazło się w nocy 28/29 VI pod obstrzałem jednostki Kałmuckiego Korpusu Kawalerii”. Jaką miarą Autor ocenił, że były to drobne potyczki. Relacje mówią o całonocnym boju z oddziałami Wehrmachtu.

„Niezrozumiałym był też fakt permanentnego braku broni w oddziale (do czasu spotkania oddziałów Werszyhory i Kunickiego oraz wcześniej wymienionego zrzutu alianckiego) z uwagi na to, że ponoć: „Armia Krajowa w Obwodzie Łańcut wielokrotnie przewyższała pozostałe organizacje [GL-AL i BCh - MS] pod względem liczebności, posiadanego uzbrojenia (...)". Miało ono w większości pochodzić z Waldlagru w Nowej Sarzynie.”(str. 159).

Brak uzbrojenia (nie tylko broni, amunicji, materiałów wybuchowych a także innego wyposażenia) był bolączką wszystkich organizacji podziemnych, na terenie całego okupowanego kraju. Jak widać dla Samborskiego jest to fakt niezrozumiały. Może odnośnie tej kwestii warto zapoznać się z dostępną, bogatą literaturą, która rozjaśni Autorowi publikacji tę problematykę. Ton dalszej wypowiedzi Samborskiego zdaje się sugerować, że powątpiewa on w fakt, że w Obwodzie Łańcuckim AK przewyższała pozostałe organizacje pod względem liczebności i uzbrojenia. Autor chyba nie odrobił pracy domowej, gdyż tak było w zasadzie w całej Polsce, więc nie rozumiem po co ten sarkazm. Poza tym jako te pozostałe wymienia GL – AL, które na wspomnianym terenie istniały raczej wirtualnie, oraz BCh, pomija natomiast NOW. Dalej w przypisie do informacji o pochodzeniu większości uzbrojenia AK z Waldlagru w Sarzynie (nie w Nowej Sarzynie jak podano w publikacji, gdyż ta nazwa pochodzi z czasów powojennych) Samborski przytacza taką oto „ekspercką” uwagę:

„Konspiracja w sposób zorganizowany pozyskiwała je [broń i amunicję – Plumer] od 12 II 1943 r. do lutego 1944 r. Największą akcję zorganizowano w nocy z 29 na 30 X 1943 r. pod osobistym dowództwem kpt. E. Wodeckiego, ps. Szpak (m.in.: J. Pelc-Piastowski, Wyprawa po żelazne „runo"! (cz. I i II), „JKAK" nr 20 z 1995, s. 32-35 i nr 21 z 1996, s. 8-11; J. Kulpa „Sosna", Gajówka Dziurawka i leśniczówka Budy Łańcuckie - nasze partyzanckie bazy, w: Chłopcy z lasu, cz. III, Wspomnienia leśników-kombatantów, Warszawa 1998, s. 97-106). Trudno wynoszenie broni z tego magazynu zaliczać do bohaterskich czynów [podkr. – Plumer], bo np. wg F. Sagana (op. cit., s. 479): Skład nie był strzeżony, broń leżała luzem i była wykradana przez pojedyncze osoby bez żadnych przeszkód.” (str. 159, przypis 143).

Powyższy cytat świadczy o kompletnej nieznajomości, przez Autora publikacji, rzeczywistości w jakiej musiały prowadzić działalność niepodległościowe organizacje podziemne, jak i warunków życia w okupowanej Polsce. Nie wiem jaka jest definicja „bohaterskich czynów” wg Samborskiego, jednak zawsze budzą mój głęboki sprzeciw, tego typu arbitralne wyroki, ferowane przez osoby, które nawet koniuszkiem małego palca nie otarły się o realia życia okupacyjnego, kiedy to każde wyjście z domu wiązało się z ryzykiem utraty wolności a czasem nawet życia. No cóż w dzisiejszych czasach pojęcie odwagi uległo znacznej dewaluacji. Ale do rzeczy. Nie jest prawdą, że skład nie był strzeżony. Bardzo możliwe, że pojedyncze osoby bez przeszkód mogły wynosić z niego broń, co wcale nie oznacza, że nie wiązało się z tym żadne ryzyko. Jednak zupełnie inny wymiar ma zorganizowane pozyskiwanie uzbrojenia na wielką skalę, zorganizowane pod dowództwem kpt. Wodeckiego a znaczenie takiej akcji dla podziemia jest trudne do przecenienia, ale chyba nie dla „eksperta” Samborskiego. Poza tym, z całym szacunkiem dla osoby Franciszka Sagana i jego monografii Podokręgu AK Rzeszów, praca ta nie jest wolna od nieścisłości, błędów a nawet informacji nieprawdziwych. Niestety sytuacja taka ma również miejsce w informacjach podawanych przez Sagana na temat akcji zdobywania broni w Sarzynie oraz ich konsekwencji. „Następna akcja wypadowa po broń na Waldlager Sarzyna, odbyła się w nocy 29 – 30 X 1943 r. (…) pod dowództwem komendanta Obwodu Łańcut kpt. Ernesta Wodeckiego „Szpak” i oficera operacyjnego por. Henryka Decowskiego „Mars” (…). Akcja udana. Niemcy jednak wpadli na kradzież broni i w odwet dokonali 20 VI 1943 r. pacyfikacji wsi Wola Zarzycka [podkr. – Plumer].” (F. Sagan, Podokręg Armii Krajowej Rzeszów, Rzeszów 2009, str. 480). Ostatnie informacja jest po prostu nieprawdziwa. Pacyfikacja Woli Zarczyckiej była (podobnie jak pacyfikacja Leżajska) wynikiem zdrady a  nie odwetem za akcje na Waldlager. Wróćmy jednak do meritum. „(…) Oddział Partyzancki 39 pp AK liczący 100 ludzi, którzy w nocy z 29/30 października 1943 roku przeprowadzili wspaniałą, udaną akcję na wielkie niemieckie magazyny broni i amunicji w Sarzynie, silnie strzeżone przez Kompanię Wehrmachtu i kompanię własowców, zabierając (…) kilkanaście parokonnych wozów granatów, min,
amunicji, zapalników, luf zapasowych do niemieckich karabinów maszyn. (Mg 42) oraz kilkanaście karabinów Mauser.
(…) O akcji tej pisała cała prasa konspiracyjna.
[podkr. – Plumer]” (J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s. 31 - 32). Może jednak, zanim się coś napisze, warto sprawdzić relacje osób, które brały bezpośredni udział w akcji i znały uwarunkowania w danym terenie, a nie cytować bezkrytycznie Autora, który (z całym szacunkiem) zna wydarzenia z mało wiarygodnych źródeł.

Autor publikacji kilkakrotnie jako argument na brak scalenia z AK (choć nie to stanowi tezę tytułową publikacji) przywołuje relacje liderów ruchu ludowego na Rzeszowszczyźnie, wskazując, na delikatnie mówiąc, złe stosunki „Ojca Jana” z BCh.

„Jeżeli chodzi o stosunki oddziału „Ojca Jana" z BCh to były one jeszcze gorsze [gorsze niż z AK? – Plumer], a wydawałoby się, że jako organizacja scalana z AK, powinna być traktowana jak sojusznik. Tomasz Sagan (m.in. przewodniczący „trójki powiatowej" w powiecie niżańskim) tak pisał o NOW na Zasaniu: „To, że nie odczuwano tam tak bezpośrednio groźby powszechnej zagłady [ze strony Niemców - MS] (...) pozwalało jednostkom i całym grupom politycznym, jak np. młodym narodowcom z NOW (których ośrodkiem centralnym był Ulanów), wyżywać się w ostrym zwalczaniu swoich przeciwników politycznych. (...) Ze szczególną zaciętością zwalczali ludowców, którzy chcieli być sobą(...) ludzie z oddziału leśnego NOW »Ojca Jana«"145. (…)„W tym samym czasie na Zasaniu oddział NOW »Ojca Jana« zorganizował nagonkę na Juliana Kaczmarczyka »Lipę« i innych działaczy »Rocha« i BCh". Chodziło tutaj m.in. o oddział partyzancki, który stworzył Kaczmarczyk, ale do zimy 1943 r. dowodził nim Franciszek Bielak ps. Sokół. (str. 159 – 160)

Cytowane wyżej przez Samborskiego opinie o NOW i oddziale „Ojca Jana” pochodzą z książki opublikowanej w roku 1972. Warto przybliżyć postać autora tego „dzieła”, zwłaszcza jego poczynania zaraz po tzw. „wyzwoleniu”. Delegat Rządu londyńskiego na powiat Nisko Jan Niemczyk „Lech” (…) nie mógł zająć stanowiska starosty powiatowego, ze względu na ożywioną działalność Tomasza Sagana „Jesiona” z BCh, który deklarując pełną współpracę z nową władzą został starostą powiatu Nisko. (…) Z inicjatywy Komendanta Obwodu Antoniego Cwena (…), w połowie sierpnia 1944 roku, odbyło się spotkanie z nowo powołanym przez komunistów starostą powiatowym Tomaszem Saganem. (…) Tomasz Sagan o dziwo zadeklarował lojalność w stosunku do Komendanta Obwodu, twierdził, że zobowiązania scaleniowe AK i BCh w dalszym ciągu obowiązują, tym bardziej, że sam je deklarował i ustalał. Jednocześnie stwierdził, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, to władzę starosty powiatowego obejmie delegat Rządu londyńskiego (…). Tłumaczenia i deklaracja Tomasza Sagana, jak się później okazało, były tylko wybiegiem, by zyskać na czasie (…). Wiedział również, że nastąpi rozprawa z AK, bo informował go o tym agent NKWD Stanisław Rodzeń.” [podkr. – Plumer]. (S. Socha, Czerwona Śmierć, Stalowa Wola 1997 r. str. 18 – 19). O wspomnianym przez Samborskiego Franciszku Bielaku, Socha napisał, że był komendantem milicji, utworzonej z byłych BCh – owców, którzy „przekazali oprócz mundurów, 3 Breny, 6 Stenów i amunicję ze zrzutów, miało to świadczyć o ich lojalności dla nowej władzy i zerwaniu z „reakcyjną” AK.” Z tego wynika, że T. Sagan pisząc o „ludowcach, którzy chcieli być sobą” miał na myśli właśnie „działaczy chłopskich” swego pokroju. J. Pelc – Piastowski komentując jego publikację napisał m.in. „W książce Sagana dostrzec można brak rozeznania w schematach organizacyjnych (…). Ktokolwiek pamięta zbrojne podziemie z lat wojny nie wyobraża sobie , żeby grupka ludzi z organizacji, obojętnie czy BCh czy AK, nie zawiadamiając dowództwa zajmowała się na własną rękę tak ważną sprawą (…), jak ratowanie lotników angielskich [z rozbitego Halifaxa – Plumer]. Są to niepoważne stwierdzenia pana Sagana. W książce znaleźć można więcej znacznie więcej błędów (…).”(J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s. 122).

„Z uwagi na to, że wg ludowców oddział „Ojca Jana" dopuszczał się m.in. grabieży i terroryzowania ludności wiejskiej, np. w gminie Kuryłówka, W. Jagusztyn, ps. Oracz (komendant Podokręgu BCh i LSB Rzeszów BCh) w swoim raporcie do N. Wiatra, ps. „Zawojna" informował: „Ludzie znają tych, którzy rabowali, ale nic nie mogą mówić - gdyż «Jan« za to strzelał. Naszych ludzi zastrzelił czterech. [...] Obecnie [maj 1944 r. -MS] wydałem polecenie zorganizowania samoobrony ludności przed bandyckimi napadami obozu i już doszło do dwóch potyczek z obozem «Jana», który zjeżdża na rabowanie chłopów"147.” (str. 160).

Scalenie BCh, NOW a w szczególności NSZ z AK, to temat rzeka, którego nie da się skwitować paroma zdaniami. W tym miejscu warto jedynie podkreślić, że całą sytuację komplikowało „polskie piekiełko polityczne”, obserwowane także w dzisiejszej rzeczywistości. Nie twierdzę, że członkowie oddziału „Ojca Jana” to aniołki bez skazy, jednak wiele faktów wskazuje na to, że Jagusztyn pisząc wspomniany wyżej raport miał przynajmniej dwa cele: odwrócić uwagę od haniebnej działalności delegata „Trójkąta” i dowódcy LSB na Zasaniu oraz szukał pretekstu do unieważnienia umowy scaleniowej na tym terenie. Jest to niewątpliwie bardzo interesujący i mało znany temat. Władysław Jagusztyn ps. „Oracz” i Józef Świrski ps. „Marcin”, byli współtwórcami tzw. ”memoriału żołyńskiego”, w którym postulowali większe „odchylenia na lewo”, co nie było zgodne z linią polityczną ówczesnego Stronnictwa Ludowego reprezentowanego przez Stanisława Mikołajczyka, Narcyza Wiatra ps. „Zawojna” czy też Wincentego Witosa. W naszym terenie wybitnym działaczem popierającym główny nurt partii chłopskiej był Władysław Kojder ps. „Trzaska”, „Zawieja”, „Grab”. Jagusztyn i jego zwolennicy mieli natomiast wygórowane ambicje i realizowali swoje odrębne plany polityczne. „Wśród ludowców było wielu wspaniałych patriotów, wielkich społeczników, ludzi zaangażowanych szczerze w ideę tworzenia silnej, bogatej i sprawiedliwej Polski. Niestety, nie zaliczaliśmy do nich ani Władysława Jagusztyna, ani kilku innych; (…) pozwolę sobie zacytować słowa Jagusztyna, który (…)powiedział po tym jak NKWD aresztowało Józefa Puchałę ps. „Lis”: „nic nie szkodzi, będzie jednego reakcjonisty mniej”. (…) Kilka tygodni później NKWD zamordowało por. „Lisa” i innych oficerów AK”. [podkr. – Plumer] (J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s. 159). Aby uniknąć zarzutów na temat ewentualnej tendencyjności opinii Pelca – Piastowskiego o Jagusztynie, pozwolę sobie przytoczyć fragment z Małopolskiego Słownika Biograficznego Uczestników Działań Niepodległościowych 1939 – 1956, tom 1, Kraków 1997, str. 78 – 80: Jagusztyn Władysław, ps. „Kuźma", „Oracz", (1915 -1969), (…) Od 1942 do 1944 r. pełnił funkcję komendanta Obwodu BCh Łańcut, Inspektoratu Rzeszów BCh (tytułował się Inspektorem Rejonowym) i Podokręgu Rzeszów BCh. (…) W połowie 1943 r. organizował tzw. wewnętrzną akcję awansową, która miała objąć żołnierzy BCh i LSB (ustne awanse obejmowały nawet kilka stopni). W grudniu 1943 r. podpisał tzw. „memoriał żołyński", krytykujący umiarkowane poglądy SL „Roch". Organizował na podległym mu terenie struktury wywiadu LSB, pozostające w opozycji do sieci komórek informacyjnych tworzonych przez OKRL [Okręgowe Kierownictwo Ruchu Ludowego – Plumer]. Do wiosny 1944 r. sprzeciwiał się scaleniu BCh z AK. Po scaleniu w marcu 1944 r., doprowadził do zablokowania nominacji oficera NOW na stanowisko Komendanta Obwodu Jarosław AK. (…) W maju 1944 r. zadecydował o wcieleniu oddziału Juliana Kaczmarka (ps. „Lipa") [oddział wobec, którego rzekomo „Ojciec Jan” wg Sagana zorganizował nagonkę – Plumer] do LSB, a następnie do 1 Brygady Armii Ludowej. W maju 1944 r. w powiecie niżańskim nakazał tworzenie Samoobrony Chłopskiej, wymierzonej przeciwko działającemu na tym terenie oddziałowi Franciszka Przysiążniaka (ps. „Ojciec Jan"). Po zajęciu Rzeszowszczyzny przez ACz wydał oddziałom BCh rozkaz ujawnienia się i podjęcia współpracy z nowymi władzami oraz wstępowania w szeregi Milicji Obywatelskiej i UBP. Od listopada 1944 r. samowolnie prowadził w Lublinie rozmowy z PKWN w sprawie ujawnienia BCh.(…) W styczniu 1945 r. sowieckim samolotem został przewieziony ponownie do Lublina na dalsze rozmowy. Władza ludowa awansowała go do stopnia ppłk LWP. Od kwietnia 1945 r., po śmierci N. Wiatra (ps. „Zawojna"), działał jako komendant Krakowskiego Okręgu BCh. (…) Po wyjeździe S. Mikołajczyka z kraju został członkiem ZSL i rozpoczął karierę partyjną. [i](…) był członkiem Prezydium Naczelnego Komitetu ZSL. (…) sprawował funkcję sekretarza Prezydium NK ZSL, (…) był sekretarzem NK ZSL. Posłem na Sejm PRL oraz zastępcą szefa Komisji Planowania Rady Ministrów był od czerwca 1961 do czerwca 1969 r.” [/i][podkr. – Plumer]. Imponująca kariera w PRL, zwłaszcza wobec: śmierci Narcyza Wiatra, zastrzelonego na krakowskich plantach 21 kwietnia 1945 przez funkcjonariusza myślenickiego UB (byłego członka BCh); zamordowania w dniu 17 września 1945 r. przez „nieznanych sprawców” Władysława Kojdra, tuż po wybraniu go na Okręgowym Zjeździe PSL w Krakowie, pierwszym wiceprezesem, zastępcą Wincentego Witosa; oraz ucieczki z Kraju jesienią 1947 Stanisława Mikołajczyka prezesa legalnej opozycji PSL. Dla Samborskiego Wilbik – Jagusztynowa (żona Władysława) i Tomasz Sagan stanowią miarodajne źródło. Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie na ten temat.

„Puchalski wielokrotnie wymieniając „Zęba", jakby miał coś do ukrycia, nic nie pisze o tym, że oddział „Ojca Jana" nawet czasowo uznał zwierzchność NSZ. Deresz w ogóle nie zauważa oddziałów NSZ na opisywanym terenie, mimo że stale współpracowała z lekarzem Ludgierem Zarychtą z Janowa Lubelskiego, który był porucznikiem NSZ.” (str. 162).

Czytałem książkę Puchalskiego i nie zauważyłem tego o czym pisze Samborski. Autor powinien wskazać co według niego miał do ukrycia Puchalski wymieniając „Zęba”? Przecież to są zwyczajne dywagacje. „Zarzut” wobec Marii Deresz jest po prostu śmieszny. Autorka Nieba bez słońca wymienia wielu lekarzy współpracujących z oddziałem „Ojca Jana”. Najczęściej pojawia się nazwisko dyrektora szpitala w Biłgoraju Stanisława Pajaska oraz dra Stanisława Hernicha z Rudnika. Pojawia się też dr Ludgier Zarychta z Janowa Lubelskiego, tylko nawet jeżeli Deresz stale z nim współpracowała (choć nie wiem skąd zaczerpnięta jest ta informacja) to czy mogła wiedzieć, że ten lekarz jest równocześnie porucznikiem NSZ? Raczej nie bo nikt rozsądny w czasie okupacji nie chwalił się przynależnością do takiej czy innej organizacji konspiracyjnej’ chyba, że „chciał” być szybko zdekonspirowany.

„Z kolei Jerzy Pelc-Piastowski, ps. Łazik, m.in. członek oddziału AK „Łukasz" działającego w pow. łańcuckim i powojenny autor wielu prac o ruchu oporu stale określał oddział „Ojca Jana" jako oddział NSZ lub NOW-NSZ.” (str. 162).

Ciekawe na jakiej podstawie Samborski twierdzi, że Pelc –  Piastowski stale określa tak oddział „Ojca Jana”. Sprawdziłem w książce „W poszukiwaniu zwycięstwa”, Biała Podlaska” 2006. Tylko na stronie 147 napisano, że „NOW – NSZ  dziesięciokrotnie słabszy od AK posiadał, dzięki „Ojcu Janowi” Franciszkowi Przysiężniakowi, stały (…) oddział partyzancki (…).” (J. Pelc-Piastowski, W poszukiwaniu zwycięstwa, Biała Podlaska 2006, s. 147). Natomiast na stronach 57, 65, 83, 91, 93, 109, 110, 113, 120, 123, 124, 131, 134 nie ma o tym nawet wzmianki, za to wymieniana jest NOW.

„Tym samym oddziału nie włączono do akowskiej akcji „Burza". Jak wiemy, była ona zasadniczym celem istnienia AK a tym samym metodą przejęcia władzy w kraju po działaniach frontowych.” (str. 164).

Po raz kolejny należy przypomnieć, że oddział w okresie „Burzy” przebywał w Lasach Janowskich. Natomiast ostatnie zdanie to jakieś nieporozumienie. Samborski twierdzi, że akcja „Burza” była zasadniczym celem istnienia AK. W takim razie skoro to „wiemy” to może należy przytoczyć jakieś dowody. Przepraszam ale można stracić cierpliwość czytając tyle nonsensów. Cele AK określa statut SZP a później ZWZ i można go znaleźć w Armii Krajowej w dokumentach … i nie tylko. Podobnie jeśli chodzi o cele akcji „Burza”. Na miłość boską skąd Samborski wziął informację, że „Burza” miała być metodą przejęcia władzy w kraju po działaniach frontowych? Tego nie pisano chyba nawet w podręcznikach za czasów PZPR (a może?).

Można by tak pastwić się nad tekstem M. Samborskiego prawie w nieskończoność tylko czy to ma sens? Chyba czas na jakieś podsumowanie, bo w innym wypadku Administrator tego forum straci cierpliwość i wytnie mi te przydługie rozważania uznając, że to nie miejsce na jakieś epistoły.

PODSUMOWANIE

Przymierzając się do powyższej recenzji nie spodziewałem się, że będzie to tak rozwlekłe opracowanie polemiczne. Nie zdawałem chyba sobie sprawy ile niedorzeczności (w mojej opinii) można zawrzeć w jednym artykule. Tak naprawdę bardziej zbulwersowały mnie sformułowania ogólne zawarte w artykule Samborskiego niż teza tytułowa. Uważam, że Autor artykułu zmierzył się z ambitnym tematem, bez rzetelnej analizy przywoływanych publikacji, usiłując nieprzyzwoicie naginać fakty do swoich racji.

Do zanegowania tytułowej tezy artykułu wystarczyłoby przytoczenie w kilku zdaniach podstawowych założeń ideowych NSZ. Jednak M. Samborski w swojej pracy przedstawił szereg odrębnych sugestii, z którymi nie mogę się zgodzić, nie ze względu na mój światopogląd, tradycje rodzinne czy też osobiste uprzedzenia, ale dlatego, że w mojej opinii są one po prostu fałszywe i krzywdzące w stosunku do uczestników konspiracji niepodległościowej, bez względu na ich przynależność organizacyjną.

I. Teza tytułowa

Tytuł publikacji tylko w niewielkiej części odzwierciedla tematykę poruszaną w niej przez Autora. NOW nie działała w ramach NSZ a teren działania oddziału „Ojca Jana” obejmował znacznie większy obszar niż ziemia leżajska.

Gdyby rzeczywiście oddział „Ojca Jana” działał w strukturach NSZ (co w świetle aktualnie ujawnionych dokumentów, w mojej opinii nie przynosiłoby mu żadnej ujmy), realizowałby założenia tej organizacji i nie współpracowałby z sowieckimi partyzantami. Nawet gdyby podjął jakąś taktyczną grę. Cele NSZ zostało dość jasno określone przez Andrzeja Rawicza (wł. Jan Lilpop) w broszurze „O co walczą Narodowe Siły Zbrojne” Warszawa, Narodowe Zakłady Wydawnicze 1943, gdzie na str. 21 – 22 napisano m.in. „Zwycięstwo Sowietów w tej grze oznaczałoby dla Polski kompletną katastrofę. Dlatego musimy uczynić wszystko, co jest w naszej mocy, ażeby do niego nie dopuścić. A już przede wszystkim – nie wolno nam uczynić niczego, co mogłoby dopomóc Sowietom.” [podkr. oryg.]  (L. Żebrowski, Założenia ideowe NSZ. Wyjaśnienie, Zeszyty Historyczne Win-u, nr 6, marzec 1995, str. 247). Leonard Zub – Zdanowicz postępował zgodnie z ta ideą i realnie nigdy nie współpracował z Sowietami. „Ojciec Jan” wręcz przeciwnie. Wspomina o tym wielokrotnie Puchalski i Dereń. Udział oddziału pod dowództwem „Konara”, w walkach na Porytowym Wzgórzu opisywał także Markiewicz, cytując wspomnienia dowódców sowieckich. (Partyzancki Kraj i Paprocie zakwitły krwią partyzantów). Sam „Ojciec Jan” posiadał pisemne zaświadczenia wystawione przez Sowietów. Współpraca była rzeczywista , nie taktyczna o czym oświadcza m.in. późniejsze wystąpienia „Muchy” i innych dowódców sowieckich w obronie Przysiężniaka i Usowa przed sądami PRL-u.

II. Sprawa scalenia z AK.

Samborski twierdzi, że oddział „Ojca Jana” nigdy nie został scalony z AK, a wszystkie dotychczasowe twierdzenia w tej sprawie nie mają pokrycia w faktach.

Niestety ta teza ma również bardzo kruche podstawy a argumenty przedstawiane przez Autora są mało przekonujące i często świadczą o braku orientacji w strukturach organizacji podziemnych oraz zasadach ich działania. O scaleniu wspominają Stanisław Puchalski i Maria Deresz bezpośrednio związani z oddziałem partyzanckim „Ojca Jana”, Wojciech Szczepański komendant Obwodu AK Jarosław i potwierdzał to również sam Przysiężniak. Wskazuje na to także relacja Józefa Barana ps. „Lucjan”, który otrzymał polecenia przeprowadzenia, w imieniu komendanta Podokręgu AK Rzeszów, dochodzenia w sprawie skarg na oddział „Ojca Jana”. Chcąc wyjaśnić sprawę udał się z Przysiężniakiem do Komendanta Podokręgu płk „Zwornego”, który to „okazał duże niezadowolenie z „Jana”, chwalił tylko „Konara” (…).” (S. Haszto – Wspomnienie o ppłk. Józefie Chrząszczyńskim vel. Baranie, Almanach Leżajski nr 5/2010, str. 106).  Czy Samborski uważa, ze wszystkie te osoby nie były zorientowane w sprawach scalenia a na dodatek komendant Podokręgu AK płk Kazimierz Putek rugał oficera, dowódcę oddziału partyzanckiego, nie scalonego z Armią Krajową? Przecież to kompletny nonsens.

III. Sprawa rzekomych rabunków i bandytyzmu tolerowanego przez Przysiężniaka.

W mojej opinii nie ma podstaw do stwierdzenia, że Franciszek Przesiężniak ps. „Ojciec Jan” tolerował kryminalne wybryki swoich podwładnych, a jego oddział dopuszczał się aktów bandytyzmu, ze szkodą dla ludności cywilnej Zasania lub innych rejonów, które obejmował swoim działaniem. Pojedyncze wyskoki swoich ludzi karał z cała surowością o czym wspomina w swojej książce Stanisław Puchalski. „Każdy z partyzantów był pouczony, że kraść nie wolno, że takie przestępstwo będzie karane śmiercią. (…) wysłano patrol, który przyprowadził delikwenta. (…) Przyznał się do kradzieży nie tylko pistoletu, ale i innych rzeczy, które zginęły z wozu gospodarczego. (…) Zapadł wyrok najwyższy, który został wykonany na oczach wszystkich. (…) Był to drugi przypadek wydania tak surowego wyroku. Pierwszy miał miejsce w listopadzie 1943 roku. Do oddziału napływały meldunki, że były partyzant, zwolniony z oddziału za kradzieże w czasie „pościgówek”, nadal kradnie po wsiach przy użyciu broni i czyni to na konto oddziału „Ojca Jana”. W czasie ujęcia, miał przy sobie zegar – budzik, którego nie zdążył upłynnić.” [podkr. – Plumer]. (S. Puchalski, Partyzanci Ojca Jana, Stalowa Wola 1994, str. 165 – 166). Wydaje się, że najwięcej złego wyrządziła działalność i postawa Bogusława Męcińskiego ps. „Władka”, o czym bez ogródek w swojej pracy wspomina Puchalski. Wszystkie opinie wygłaszane przez organizacje lewicowe, zwłaszcza po wojnie, które przywołuje Samborski, mają charakter propagandowy i są najzwyczajniej w świecie niewiarygodne. Znamienne jest to, że pomimo prowadzenia tzw. akcji aprowizacyjnych w miejscowościach ukraińskich na Zasaniu, ich mieszkańcy nie związani z UPA, nie obawiali się oddziału „Ojca Jana”, gdyż mieli pewność, że nie zagraża on ich życiu. W przeciwieństwie do działającego na tym terenie oddziału LSB pod dowództwem Piotra Ćwikły ps. „Grzmot”, który wspierany przez delegata „Trójkąta” na Zasaniu, miał na sumieniu m.in. akcję likwidacyjną Żydów ukrywających się w Brzyskiej Woli (po uprzednim obrabowaniu ich z kosztowności) oraz samowolną akcję na Dabrowicę podczas, której zamordowano księdza greko – katolickiego Mikołaja Dobrzańskiego (notabene objętego ochroną AK) i 23 osoby narodowości ukraińskiej – głównie kobiety, starcy i dzieci. Trudno się dziwić zatem, że W. Jagusztyn zdecydował się rzucić oskarżenie na oddział Przysiężniaka, by odwrócić uwagę od "bohaterskich wyczynów” swoich podwładnych.

IV. Sprawa oceny działalności oddziału „Ojca Jana” oraz podziemia narodowego omawianym terenie, w czasie okupacji niemieckiej.

Odnoszę wrażenie, że Samborski, nie kryje swojego negatywnego stosunku do podziemia narodowego, w czasie okupacji niemieckiej na omawianym terenie, co niestety w mojej opinii przyczyniło się do mało obiektywnego przedstawienia w publikacji jego członków, w tym osoby Franciszka Przysiężniaka ps. „Ojciec Jan”. Autor daje temu wyraz już na początku artykułu pisząc: „Sam Przysiężniak stojąc od maja 1945 r. na czele Komendy Oddziałów Leśnych Okręgu Rzeszowskiego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (NZW) stoczył 7 maja 1945 r. zwycięską walkę z siłami NKWD, która odbiła się głośnym echem w ruchu oporu i dawała nadzieję na ostateczne zwycięstwo tej opcji politycznej. Wydaje się, że ten okres działalności Przysiężniaka był większym powodem do zasług niż opisywany w artykule.” (str. 130 – 131). W dalszej części Samborski przedstawia nam obraz żołnierzy oddziału, nie wyłączając dowódców, jako ludzi „szemranego” pochodzenia, niezdyscyplinowanych, niekompetentnych, uprawiających prywatę i samowolę. W mojej opinii jest to obraz głęboko niesprawiedliwy i nieprawdziwy. Można oczywiście dyskutować czy okupacyjna legenda oddziału „Ojca Jana” była w większej mierze zasługą Przysiężniaka, czy jego żołnierzy takich jak „Konar”, „Wołyniak” czy "Kurczapała”.  Sam Przysiężniak musiał mieć silną osobowość i autorytet skoro skupiał wokół siebie tak odważnych i walecznych ludzi jak wyżej wymienieni. Oddział miał na swoim koncie zarówno zwycięstwa jak i klęski, których przyczyny mogą posłużyć jako tematy odrębnych rozpraw historycznych. Autor w publikacji zdaje się jednak eksponować głównie porażki, tylko czemu ma to służyć? Na pewno nie pozwala na udowodnienie tezy tytułowej artykułu. W kilku miejscach negatywna ocena podziemia narodowego, przenoszona jest przez Samborskiego na pozostałe konspiracyjne organizacje niepodległościowe. Wyjątek stanowią Bataliony Chłopskie oraz GL – AL, których do podziemia niepodległościowego zaliczyć nie można.

Reasumując M. Samborski w swoim artykule nie przedstawił ani jednego przekonującego dowodu na poparcie swoich zasadniczych tez. W mojej opinii próbował jedynie manipulować różnymi publikacjami, wybierając je tendencyjnie lub cytując w „ocenzurowanych” fragmentach. Być może Autor liczył na to, że nikomu nie zechce się skonfrontować treści artykułu z informacjami podanymi w cytowanych przez niego materiałach.

Ps.
Podczas polemiki prowadzonej na forum www.dws.org.pl , Samborski zarzucając swoim oponentom brak oczytania i wysyłając ich do „szkółki” napisał m.in., że przeczytanie książki Puchalskiego nie uprawnia ich do oceny innych, dodając taką oto „perełkę” dotycząca wspomnianej książki: „(nawiasem mówiąc spisał ją? zredagował? ktoś zupełnie inny. Był to J.U.U. [nie bardzo życzy sobie ujawnienia]” (http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=9 … c&start=25). Cóż skoro w książce Puchalskiego nie ma wzmianki, że spisał ją (?!), zredagował (?!) „tajemniczy” J.U.U. to sprawa nadaje się do rozstrzygnięcia przez sąd powszechny. Ciekawe tylko dlaczego J.U.U. nie życzy sobie ujawnienia?

Ostatnio edytowany przez Plumer (2012-06-03 13:30:23)

Offline

 

#15 2012-06-03 14:15:13

jasiek09

Użytkownik

Zarejestrowany: 2009-05-31
Posty: 47
Punktów :   

Re: M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4

Warto nawiązać kontakt z redakcją Rocznika Przemyskiego, może wydaliby Pana polemikę ?
Byłoby to wartościowe dla tego tematu.
Pozdrawiam

Offline

 
  • Index
  •  » Historia
  •  » M. Samborski, Ojciec Jan, "Rocznik Przemyski" 2010, nr 4
stat4u

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
znaki zakazu sklep denaturat sklep wrocław aim vue